wtorek, 7 kwietnia 2009

Saga

Historie rodzinne są prawdziwą kopalnią wiedzy o przodkach, zwyczajach, również o wydarzeniach historycznych. Jednak były powtarzane z ust do ust wiele razy i jak to bywa często ubarwiane. Ta historia była powodem, że zająłem się genealogią. Ten wstęp piszę jedenaście lat po opublikowaniu poniższego tekstu. Aż nie chce się wierzyć ile faktów jest tu przeinaczonych. Za to jakie to piękne fakty. Dawno temu w czasach, gdy w „Priwislińskim Kraju” rządzili z Bożej łaski Romanowie, przyjechał do Pruszkowa pod Warszawą Antoni Pawełczyński – mistrz ceramik. Przyjechał niejako na delegację, bowiem właściciele znanej fabryki fajansu w Kole zapragnęli zbudować tutaj filię swojej fabryki. Antoni przyjechał skuszony nie tylko dość znacznym wynagrodzeniem (100-160 rubli rocznie). Przede wszystkim miał nadzieję, na znacznie lepsze życie. Po powstaniu listopadowym, wyrokiem sądu Pawełczyńscy zostali bowiem pozbawieni szlachectwa i utraty znacznej części majątku - podobno było za co. Resztę majątku utracili, również wyrokiem sądu po powstaniu styczniowym. W myśl prawa też było za co (oczywiście w obu przypadkach za czynny udział w powstaniach). Imali się więc różnych zajęć, aby jakoś przeżyć. Tak więc Antoni wybrał nową drogę życia. Poszczęściło mu się. Dorobił się kawałka ziemi z domkiem oraz całkiem sporej (osiem sztuk) gromadki dzieci. Szósty z kolei Edmund zdołał szczęśliwie dorosnąć i ukończyć średnią szkołę rolniczą. Wiedziony patriotycznym zapędem, szczególnie kultywowanym w rodzinie, z jakże częstym wśród młodzieży zapałem wstąpił do powstającej PPS. Głosiła modne wówczas hasła wolnościowe i braterskie oraz co najważniejsze nie kolidowała z wartościami chrześcijańskimi. Idylla skończyła się z początkiem wojny zwanej I Światową. Właśnie w Pruszkowie stanęły naprzeciw siebie dwa wrogie sobie wojska: rosyjskie i pruskie. Trzeba trafu, że pomiędzy ich liniami okopów stał domek Antoniego. Jak było do przewidzenia tryb przeszły (w zdaniu) okazał się uzasadniony. Po domku nie zostało nic. Armaty zrobiły swoje. W męskiej części Pawełczyńskich, a było tam pięcioro chłopów na schwał zaczęto przemyśliwać jakby tu wymigać się od służby wojskowej. Rozjechali się więc po całym świecie. Różnymi kolejami losu Edmund trafił na Kaukaz, a ściślej do Czeczenii. Osiedlił się w Groznym. Początkowo został myśliwym. Wskutek lepszego wykształcenia, niż tutejsza część społeczeństwa, potrafił dużo i dobrze doradzać coraz to poszerzającemu się kręgowi przyjaciół. Jego żywa natura, spryt i przedsiębiorczość spowodowało, że się tam zadomowił. Wkrótce założył z Czeczenami spółkę zajmującą się wyprawianiem skór i futer oraz handel nimi (w Pruszkowie pracował w wytwórni skór, więc ten fach nie był mu obcy). Potrafił dogadać się z aparatem biurokratycznym carskiej Rosji (czytaj: wiedział komu i ile oraz miał mocną głowę). Przyczynił się do ulepszenia technologii wyprawiania skór i wzbogacił się. Pozwoliło mu to ściągnąć do Groznego siostrę z mężem oraz dzieci najstarszego brata. Historia nie pozwoliła na to, aby długo cieszyli się spokojem. Powstał nowy porządek społeczno-polityczny jakbyśmy to ładnie nazwali. Nowa władza radziecka i tutaj zapragnęła ustanowić swój ład. Za namową swoich czeczeńskich przyjaciół, Dziadek – bo to przecież jest historia życia mojego dziadka Edmunda Pawełczyńskiego. Wprawdzie był tylko ojczymem mojej mamy, ale jednak – zgodził się być dowódcą szwadronu (około sto szabel) oddziału Czeczenów. Z powodzeniem walczył z liczniejszym napastnikiem. Zapamiętany został incydent, w którym podczas pogoni Dziadek poprowadził ucieczkę poprzez cmentarz. Tutaj połowie oddziału kazał ukryć się między grobami, a z resztą oddziału i ich końmi uciekał dalej. Goniący Bolszewicy gdy przejechali przez ten cmentarz zostali ostrzelani z tyłu. Wtedy uciekający zawrócili i też na nich natarli. Najmłodszemu z braci Henrykowi nie powiodło się i został wcielony do armii carskiej. Ponieważ miał „cenzus”, czyli maturę, skierowano go do szkoły oficerskiej w Tyflisie (obecnie Tbilisi). Tutaj otrzymał szlify oficerskie. W międzyczasie zawarł bliską znajomość z miejscową elitą towarzyską. Był powszechnie lubiany i nie wykluczone, że właśnie to było powodem, że komendant szkoły oficerskiej oznajmił mu, że zatrzymuje go u siebie tak długo jak się da i nie wyśle na front. W momencie upadku cesarstwa polecił mu uciekać ze szkoły do brata. Tak to Henryk znalazł się w Groznym. Nikt w rodzinie o tym nie mówi, ale nie dałbym głowy, czy bogaty już wtedy Edmund nie zapoznał się z tymże komendantem i odpowiednio (pieniążki robią wszystko) go do tego nie przekonał. Odległość od Polski, niepewność bytu w Groznym spowodowała, że Dziadek spakował całą rodzinkę i wysłał pociągiem do Pruszkowa, zaopatrując ich na drogę w spory woreczek złotych rubli. Sam zaś z bratem Henrykiem postanowił rozeznać się w sytuacji na Podolu. Tutaj poznali dwie piękne kuzynki i nie potrafili już oprzeć się woli Bożej. Następny epizod charakteryzujący Dziadka wymaga przytoczenia. Otóż Henryk został rozpoznany przez Bolszewików jako oficer carski i osadzony w więzieniu w Kamieńcu Podolskim. Czekało go rozstrzelanie. Dziadek dowiedział się, w jakiej knajpie bywa komendant więzienia. Wylegitymował się, a jakże, zabranym kiedyś jakiemuś pijanemu czerwonoarmiście dokumentem i zaprosił komendanta na poczęstunek. Pili cały dzień i pół nocy (miał jednak głowę), kiedy Dziadek zaproponował mu, aby wspólnie przeprowadzili inspekcję więzienia. Kilkoro więźniów w tym swojego brata w ten sposób uwolnił. Dokładnie tą samą metodą jaka została przedstawiona w słynnym utworze „Kak zakaljałaś stal” (w swoim czasie lektura obowiązkowa). Zapobiegliwość Dziadka była przysłowiowa. W dobie rozbojów i grabieży jakie nastały na Podolu, najbliższym w rodzinie chwalił się, że dobrze schował zarobione w Czeczenii złote ruble. Cieszył się tym do czasu, gdy musieli (już po ślubie z Florentyną Siemaszko) uciekać z dworu i schronić na noc w domu jakiegoś chłopa przed spodziewanym przyjazdem „Czerwonych”. Ci owszem zanocowali w ich opuszczonym dworze. Ponieważ noce były zimne, napalili w piecu tym co mieli pod ręką. A był tam stół z grubymi nogami. Można się domyśleć co było dalej. Z porąbanych nóg stołu wypadła na podłogę fortuna w złocie (nogi były starannie wydrążone w środku). Kiedy w 1920 roku znikła nadzieja, że Podole zostanie przy Polsce udało im się wrócić do Pruszkowa. Tutaj następne nieszczęście. Ukochana żona poroniła. Będąc jeszcze w szoku popełniła samobójstwo. Dziadek wyczytał w gazecie, że pewna dziedziczka poszukuje osoby do prowadzenia majątku. U pani tej nastąpiło jeszcze nieformalne rozwiązanie małżeństwa i sama nie mogła sobie poradzić z gospodarstwem. Dziadek najął sobie pisarza i wyszukaną kaligrafią odpowiedział na anons. Jak przewidział, pani owa będzie patrzeć głównie jak to zostało napisane. Dla porządku trzeba powiedzieć, że pani owa, to Felicja Maria Franke z domu Kurzewska. Jaki był faktyczny powód rozpadu ich małżeństwa – nie wiadomo. Wiadomo, że 25 kwietnia 1922 roku Karol Franke wniósł pozew do Sądu Okręgowego w Łodzi o uznanie go za właściciela połowy majątku, który Felicja odziedziczyła po swoim ojcu Feliksie Kurzewskim. Można domniemywać, że kupno tego majątku odbyło się w niecałkowicie zgodny z prawem sposób. Trzeba pamiętać, że w 1914 roku ziemie nasze znajdowały się jeszcze pod zaborem rosyjskim. Kupno ziemi przez osoby pochodzenia szlacheckiego zgodnie z panującym wówczas prawem było bardzo utrudnione, lub wręcz niemożliwe. Karol Franke, młody, przystojny dyrektor gospodarczy w dużej firmie przędzalniczej w Łodzi, pochodzenia nieszlacheckiego był dobrym kandydatem na figuranta przy kupnie majątku. Jego ożenek z Felicją miał zagwarantować pozostanie majątku w rodzinie. Ostatecznie w wyniku procesów i na skutek wyroku Sądu Metropolitalnego w Warszawie z dnia 12 grudnia 1925 roku stwierdzającego nieważność ich małżeństwa, Karol Franke otrzymał blisko dwie trzecie gruntów Dzierżązny wraz z zabudowaniami folwarcznymi. Z 17 włók (około 283 ha), po podziale (w 1922 roku) Felicji zostało około 6 włók (98 ha). -po secundo dla porządku trzeba dodać, że dnia 7 lutego 1926 roku odbył się ślub (kościelny) Felicji z Edmundem Pawełczyńskim. -po tertio również dla porządku trzeba wspomnieć, że w 1936 roku Karol Franke ożenił się z wdową Zenobią Szymańską z domu Podczaską. -wreszcie po kwarto, dla porządku trzeba dodać, że Dzierżązna to obecna nazwa tej posiadłości i wioski. Przedtem różnie bywało. Małżeństwo Edmunda Pawełczyńskiego z Felicją było bezdzietne. Jedyna córka Felicji z poprzedniego małżeństwa - Anna Franke, to moja mama. Żeby obraz niniejszej sagi był jaśniejszy musimy cofnąć się w czasie. Z mroków ubiegłych wieków wyłania się niejaki Feliks Kurzewski, syn Walentego. Urodzony we wsi Swoboda Modlna. Kim byli jego rodzice, jakie miał wykształcenie, jaki był jego status społeczny i majątkowy? – Nie wiadomo. Wracając do naszego Kurzewskiego Feliksa: wiadomo tylko, że jako dwudziestosześcioletni młodzieniec ożenił się w 1880 roku z niejaką panną Marianną Eleonorą Czarnecką w Warszawie. Wiadomo również, że jest plenipotentem sądowym. Ślub z wielką pompą odbył się, a jakże w Warszawie. Żeby jej portret był pełniejszy dodam, że panna ta, dwojga imion Marianna, Eleonora miała szczególną umiejętność nazywaną ówcześnie jako „podwójność”. Potrafiła przenosić się do świadomości innych osób. Cecha ta została przekazana na córkę i na wnuczkę, oraz w pewnym stopniu na praprawnuczkę, a dokładnie moją (piszącego te słowa) córkę Agatę. Wnuczka Anna bowiem co wieczór, po położeniu nas (prawnucząt) do łóżek wychodziła do przedpokoju i tam rozmawiała ze swoją mamą (Felicją - córką Marianny), która wtedy mieszkała w odległym o około 300 km Pruszkowie. My jeszcze nie spaliśmy i słyszeliśmy te rozmowy zza drzwi. Było to dla nas normalne i nie wzbudzało żadnej sensacji (wtedy). Z kolei moja córka Agata jak twierdzi potrafi zobaczyć u człowieka aurę. Wracając jednak do dalszego ciągu sagi. Kurzewski w 1914 roku kupuje Dzierżąznę. Skąd ma pieniądze? Przypuszczalnie zaciągnął dług w banku. Jedyna jego córka Felicja vel Feliksa wyszła z kolei za mąż za inżyniera z Łodzi w 1908 roku. Trzeba tutaj napomknąć, że słowo „inżynier” dotyczy de facto charakteru wykonywanej pracy, a nie wykształcenia, o którym historia jakoś milczy. Był bowiem dyrektorem gospodarczym w łódzkiej fabryce przędzalniczej Allart-Rousseau. Ciekawostką tego okresu jest fakt, że "pan inżynier" wstąpił do lokalnej spółki melioracyjnej, która zmeliorowała pola Dzierżąznej. Całość prac projektowych i wykonawczych z ramienia Spółki nadzorował młody absolwent po studiach na wydziale archeologii na Uniwersytecie Lwowskim pan Kazimierz Michałowski (a któż może lepiej znać się na tym?). Słynny później na cały świat twórca nowoczesnej archeologii i egiptolog (dziwne, że jakoś nie chwali się tym epizodem w swojej biografii - sprawdzałem). Zwieńczeniem tego projektu było również wybudowanie na grobli zasilającej młyn w wodę, turbinki wodnej, która oświetlała cały dwór i zabudowania. Był współzałożycielem we wsi ochotniczej straży pożarnej oraz podarował ziemię, na której wybudowano szkołę ludową. W Zgierzu kupił dom ze sklepem, w którym sprzedawano płody rolne z majątku. Za swe zasługi na polu pracy społecznej Karol Franke został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Córka Felicji, Anna została umieszczona w najlepszej w Łodzi pensji dla dziewcząt (niejakiej panny Miklaszewskiej), gdzie zdała maturę. Następnie wstąpiła na Uniwersytet Poznański, na którym studiowała farmację. W rodzinie planowano, że po skończeniu studiów sprzeda się majątek i kupi Ani aptekę. Mała dygresja. Wykształcenie jedynaczki oraz różne zaciągnięte długi (w szczególności obciążenia wynikające z zaciągniętych zobowiązań przez Feliksa Kurzewskiego podczas kupna Dzierżązny) zmusiły Felicję do sprzedaży łącznie około 46 hektarów ziemi i spadku (siedemdziesiąt hektarów) jaki Anna otrzymała po przedwczesnej śmierci swego ojca. Za ostatnie pięćdziesiąt kilka hektarów miano kupić rzeczoną aptekę. Z tego też powodu Ania złożyła wszelkie wymagane egzaminy końcowe oraz zdała egzamin magisterski w czerwcu 1939 roku. Chciała jak najszybciej odbyć wymagany staż uprawniający do samodzielnego prowadzenia apteki. Dostała odpowiednie zaświadczenie z uczelni i mogła przystąpić do pracy w okresie wakacyjnym. Uroczyste wręczanie dyplomów następowało zawsze po zakończeniu jesiennej sesji egzaminacyjnej. Następowało zazwyczaj, ale nie tego roku. Tego roku bowiem we wrześniu wybuchła wojna. Kto miał zaświadczenie, że ma ukończone studia był wygrany. Po tragedii wrześniowej Anna dostała pracę w aptece w małej mieścinie powiatu konińskiego, Wilczynie. Ponieważ nosiła niemiecko brzmiące nazwisko zaproponowano jej podpisanie folkslisty (starsi ludzie wiedzą o co chodzi). Propozycję odrzuciła, co spowodowało eksmisję i zajęcie Dzierżązny. Z tego powodu Pawełczyńscy musieli udać się na wygnanie do Generalnej Guberni. Tak więc w 1940 roku znaleźli się w Pruszkowie. Tutaj Felicja prowadziła sklep z artykułami jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli gospodarstwa domowego (mało dochodowy interes w czasie tak niestabilnym jak wojna). Chowanie różnych skarbów widocznie weszło Edmundowi Pawełczyńskiemu w krew, bo do dzisiaj w Dzierżąźnie krąży legenda, jakoby zakopał gdzieś w sadzie jakiś skarb. Miało to się dziać, gdy w 1940 roku razem z Felicją Pawełczyńską został wywłaszczony z majątku. Po wojnie wskutek działania Reformy Rolnej, jako że areał Dzierżąznej przekraczał 50 hektarów, majątek został sparcelowany. I to by było na tyle. No nie całkiem. Dziadek wyciągnął z szuflady biurka legitymację PPS z nieprzyzwoicie niskim numerem początkowym. Nikt nie mógł mu podskoczyć. Zresztą nie chciał za wiele. Był kierownikiem PGR-ów. Pracował w swoim zawodzie. Dzięki znajomościom miał zawsze nawozy sztuczne (wczesne lata pięćdziesiąte to był ewenement) miał w PGR-rze snopowiązałkę, traktor, zawsze miał najlepsze plony i pierwszy robił w powiecie dożynki. My dzieci jeździliśmy do niego na wieś na wakacje. Niezapomniane chwile. To już nie wróci. Najbardziej zapamiętałem sad, który zawsze znajdował się przy PGR-rze (przecież powstawały na bazie jakiegoś dawnego majątku ziemskiego). Jego opiekun pan Borzęcki (który zawsze pracował razem z Dziadkiem) miał zrobiony w sadzie szałas, w którym latem mieszkał, a w nim specjalnie dla nas dzieci, najsmaczniejsze i najbardziej dojrzałe owoce jakie w życiu jadłem. Miał olbrzymie płowe wąsy i zawsze lubiliśmy przebywać w jego pobliżu.

środa, 1 kwietnia 2009

Primaaprilisowy apel

Jak co roku w tym jednym dniu wszyscy starają się zapędzać bliźnich w kozi róg. Ze mną oczywiście musi być inaczej. Przez okrągły rok wprawiam swoje otoczenie i siebie samego w dobry nastrój, w związku z tym niejako zmuszony jestem tego dnia być przez chwilę poważny. Powodów jest oczywiście kilka, że wymienię choćby tylko trzy.
Pierwszy już wymieniłem na wstępie.
Drugim powodem, że tak powiem nie stałym jest fakt, że dwa dni temu Grażka wstąpiła do klubu emerytów. Nie dobrowolnie co prawda, ale zawsze. Na każdego przyjdzie ten czas. Doniosłość i powaga chwili ( huczne pożegnanie z najbliższymi współpracownikami, na którym byłem i oczywiście miód i wino nie piłem, bo ktoś musi odwieść panią po imprezie do domu) wymusiła niejako rezygnację z żartów (nie muszę się przecież tłumaczyć, bo wszyscy i tak wiedzą, że jestem NIEZWYKLE delikatny, wyrozumiały i taktowny).
Przez całe nasze wspólne życie tylko kilka godzin w ciągu dnia byliśmy razem. Oboje pracowaliśmy z tym, że ja na zmiany. Miało to swoje plusy i minusy. Plus był tylko jeden, mianowicie względna stabilność finansowa. Minusem była Agata z kluczem na szyi. Jak to się stało, że wyrosła na całkiem rozumną panienkę mniej więcej zgodnie z naszymi oczekiwaniami – nie wiem. Największym minusem był jednak brak wspólnej zażyłości. Mimo wszystko nie wypracowaliśmy sobie z Grażką wspólnych przyzwyczajeń i tolerancji. Obecnie trochę z obawą, a trochę z nadzieją patrzę na naszą wspólną przyszłość emerycką. Mam świadomość, że mamy dużo do nadrobienia. W każdym razie chęci mam.
Najważniejszy powód zostawiłem sobie jak rodzynek na koniec. Przecież dzisiaj jest dzień świętej Grażyny (nawiasem mówiąc bohaterki narodowej Litwy – patrz epos o Grażynie Mickiewicza).
Tak więc drogi czytelniku (czko) moich blogów. Jeżeli masz do mnie trochę sympatii, to wyślij czym prędzej życzenia dla mojej Grażki. Obiecując na przyszłość wiele ładnych wpisów, całuję rączki i ściskam nóżki (tylko przedstawicielkom płci pięknej). Wasz Karol.

środa, 4 marca 2009

Spokojnie chłopie


Tak bym chciał błysnąć dowcipnym tekstem. Zadziwić świat inteligencją i efektowną puentą wypowiedzi… Kiedyś Napoleon przyjechawszy do pewnego miasta wezwał do siebie burmistrza i oburzony wielce pyta się nieszczęśnika, dlaczego nie został przywitany salwą armatnią, przecież wydał ku temu odpowiednie zarządzenie. Sire odpowiedział burmistrz, złożyło się na to kilka przyczyn, a jedną z nich jest fakt, że miasto nie posiada w ogóle armat. Ja też mam kilka przeszkód natury formalnej, że nie mogę sprostać własnym przecież życzeniom. Powodem jest nasza sytuacja w kraju. Przyrzekałem sobie solennie, że sytuacja społeczno-polityczna nie będzie mnie nic obchodzić. Niestety nie jest to możliwe. Nie ma dnia, żeby nasze publikatory nie odnotowały jakiejś kolejnej afery, wystąpienie naszych pożal się Boże przywódców krytykujących w sposób bardzo mało wybredny rządzących, zresztą często nie bez racji. Odnoszę wrażenie, że tylko lewica tak naprawdę wie i potrafi jako tako prawidłowo rządzić tym krajem.
Cały świat goni za byciem czymś nadzwyczajnym. Jedni jedzą kilkadziesiąt jajek na twardo, inni wymyślają jeszcze inne wielkie rekordy. Wszystkie reklamy wmawiają, że jesteś nadzwyczajny, dlatego to ten oto środek na przeczyszczenie jest specjalnie dla ciebie. Jesteś tego wart. Co ma zrobić ktoś, kto chce zwyczajnie jak przystało wychować rodzinę, w zwyczajny sposób kochać i szanować się nawzajem bez beznadziejnej gonitwy za czymś niezwykłym. Nie wiem, czy pamiętasz piosenkę „Spokojnie chłopie”, w której na zakończenie mówi się „a życie, życie żeś przegapił?” Cały czas postępuję tak, aby właśnie przegapić swoje życie. Spokojnie i wytrwale pracowałem na tej swojej kopalni. Teraz chcę zobaczyć swojego wnuka w ramionach matki, spokojnej o jego i swoje szczęście oraz sytuację finansową. Która nie będzie wiedziała co to terroryzm, krach na giełdzie, ani wojna.
W nagrodę za swoje szare życie wcale nie wiem, czy w następnym miesiącu w ogóle dostanę tą swoją emeryturkę. Nie wiem, czy jutro nie ogłoszą, że mieszkam już w państwie kościelnym i zgodnie z prawem jako ateiście nic mi się nie należy. Obaw tych jest jeszcze wiele więcej, że nie wspomnę o ogólnoświatowym bałaganie finansowym i wojnach religijnych.
I tym oto szczęśliwym akcentem chcąc zakończyć tą swoją wypowiedź zwracam wszystkim uwagę, że już niedługo nadejdzie komunistyczny Dzień Kobiet. Z tej okazji ślę wszystkim kobietom zwyczajowo piękny goździk (wyklęty obecnie jako komunistyczny relikt) razem z życzeniami wszystkiego, wszystkiego. Po cichu zdradzę, że tego dnia też przyjmuję kwiaty, bowiem 8-go marca brałem ślub. Już 34 lata temu.

niedziela, 8 lutego 2009

Sensacja naukowa

Dawno, dawno temu, kiedy… no właśnie kiedy?
Świeżo po wojsku, z maturką w kieszeni, przyjechałem do Lubina, przyszłej stolicy Polskiej Miedzi zachęcony obietnicą, że po roku pracy można starać się o skierowanie na studia. Była to jedna z zachęt dla młodych ludzi i co ciekawe Kombinat słowa dotrzymał. Pięć lat na „wieczorówce” strzeliło jak z przysłowiowego bicza i jako młody inżynierek stałem się „osobą dozoru”. Najniższy stopień w hierarchii nosił niezbyt ciekawą nazwę: „dozorca”. Trafiłem do oddziału szybowego. Mówiono, że słusznie jesteśmy pracownikami umysłowymi, bo na podszybiu wozy z urobkiem popychamy głową. Wszystkie urządzenia do wydobycia projektowane i wytwarzane były w okręgu węglowym. Specyfika naszego rejonu (ruda miedzi twardsza i cięższa od węgla oraz zasolone środowisko) powodowała, że nagminnie ulegały awariom. Do tego brak doświadczenia załogi i mamy pełny obraz sytuacji. Dosyć napięte plany wydobycia, bo „kraj czeka na miedź” zmuszały nas do dużego wysiłku.
Chyba wszędzie młodzi ludzie skłonni są do przekory oraz różnych żartów. W pewnym momencie między nami zaczęło się mówić o „gronoszybikach”. Były to groźne bakterie, które zamieszkiwały na dnie szybów (w rząpiach). Odżywiały się głównie miedzią, powodując zmianę jej barwy na zielonkawą. Dlatego tak ważne jest jak najszybsze wydobycie rudy i przewiezienie do huty, żeby te wstrętne bakterie wszystkiego nie wyżarły. Zawsze znalazł się jakiś naiwny słuchacz, który nie znał kopalni i z zapartym tchem tego wszystkiego słuchał. Takie i inne historie krążyły w narodzie.
Przebił nas taki jeden, ale zacznijmy od początku. Pewnego razu (przełom lat 60 i 70) na świat gruchnęła wieść, która powaliła wszystkich na kolana. Do kierownika oddziału zadzwonił z podszybia sygnalista, który zobaczył, że w wozie, który akurat podjechał pod szyb, z urobku wystaje ludzka czaszka. Zatrzymano wydobycie (ewenement w tamtych czasach). Powiadomiono prokuraturę, i wszystkie możliwe władze. Zjawił się też dziennikarz (przedstawiciel „czwartej władzy”, w tamtych czasach rzeczywiście władzy), który wszystko co widział opisał i sfotografował. Wiadomość pojawiła się w prasie. Gdy stwierdzono, że czaszka nie nosi znamion przestępstwa powołano biegłych archeologów. Chodzi o to, że złoża miedzi mieszczą się w warstwach Permu (to taka era archeologiczna). Wtedy to na ziemi nie było jeszcze ssaków. Przynajmniej nauka tak twierdziła. A tu szczątki ludzkie. Sensacja naukowa na cały świat. Wiadomo było skąd ten nieszczęsny wóz przyjechał. Kilku naukowców z Wrocławskiego Uniwersytetu grzebało na oddziale wydobywczym szukając resztek od tej czaszki. Sceptyków oczywiście nikt nie słuchał. Dopiero po zrobieniu próby izotopu węgla rzeczonej czaszki, celem stwierdzenia jej wieku, okazało się, że eksponat nie ma nawet stu lat. Czaszka okazała się „wypożyczona” z muzeum. Dowcipniś cichcem zwiózł ją do kopalni i podrzucił do wozu z rudą w taki sposób, aby ktoś ją zauważył. Sprawa rozeszła się po kościach wśród ogólnego śmiechu. Dowcipniś uniknął jakichkolwiek konsekwencji, bo należał do szczęśliwców, których się nie karze.

środa, 21 stycznia 2009

Wspominki

Wspomnienia z przeszłości u wielu ludzi kojarzą się z przyjemnymi rzeczami. Nie inaczej jest ze mną. Przykrych rzeczy nie pamiętam, albo staram się nie pamiętać. Mój obecny temat wiąże się z zimą. Ostatnio w telewizji ciągle podają warunki śniegowe i prawie zawsze jest mowa o Zieleńcu – taka wioska w Kotlinie Kłodzkiej słynąca z tego, że posiada stok nachylony na północną stronę oraz z tego, że tam zawsze jest śnieg.
Przypomniały mi się moje ostatnie lata „wolności kawalerskiej” (pierwsza połowa dekady lat siedemdziesiątych). Wtedy, w moim zakładzie pracy wykształciła się tradycja zimowisk w Dusznikach Zdroju. Dwa tygodnie w schronisku „Pod muflonem”. Braliśmy sobie urlopy na ten okres. Turnus liczył około pięćdziesiąt osób obojga płci i wypełniony był zwiedzaniem ciekawych miejsc w okolicy, degustowaniem wód zdrojowych, których nie brakowało oraz przede wszystkim jazdy na nartach. Często również zapraszaliśmy do siebie znanych ludzi. Tu poznałem kapitana żeglugi jachtowej Krzysztofa Baranowskiego, który jak przystało na Yachtsmena zawstydził nas wszystkich swoją wyśmienitą umiejętnością jazdy na nartach. Przy schronisku znajdował się piękny stok z wyciągiem, na którym całkiem spore grono zapaleńców zapamiętale ćwiczyło odstokowe i dostokowe, a bardziej zaawansowani nawet śmigi. Pod koniec turnusu organizowany był nieodmiennie slalom, którego zdobywca pierwszego miejsca zajmował poczesne miejsce w nazbyt skomplikowanym systemie hierarchii ważności również w naszym przedsiębiorstwie. Mimo, że i tak wszyscy nawzajem znaliśmy się, tradycja nakazuje, aby odbył się wieczorek zapoznawczy. Jak wiadomo, z tradycją nie wolno walczyć. Turnus w zasadzie był imprezą zamknięta, a więc nikt nie patrzył na i tak nazbyt tolerancyjne zakazy odnoszące się do problemu nadużywania alkoholu w miejscach publicznych. Tak więc wieczorek zapoznawczy zapisał się w pamięci uczestników jako impreza niezwykle udana.
Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że następnego dnia było dziwnie mało chętnych do szlifowania swoich umiejętności narciarskich. Trzeba ci wiedzieć pilny czytelniku(czko) moich wspomnień, że aktualna zima nie miała najmniejszych podstaw, aby mienić się zimą. Śniegu nie było ani na lekarstwo, wobec tego (bogaty sponsor w osobie (prawnej) naszego przedsiębiorstwa spowodował, że mieliśmy do dyspozycji autokar) najbardziej zagorzali narciarze jeździli kilka kilometrów właśnie do Zieleńca, gdzie „śnieg jest zawsze”.
Jak zwykle człowiek obsługujący wyciąg włączył to urządzenie i zaczęliśmy z zapałem jeździć po stoku. Ponieważ jak wspomniałem wcześniej zima nie była łaskawa dla narciarzy i z powodu, że był to środek tygodnia, na stoku oprócz nas nie było nikogo. Mieliśmy wykupiony zbiorowy karnet na korzystanie z wyciągu. Po jakimś czasie, gdy słonko wzeszło trochę ponad horyzont i zaczęło trochę przygrzewać niektóre z naszych koleżanek doszły do wniosku, że pora zadbać o swoją urodę. Bardzo pomysłowo powiązały kijki z nartami tworząc całkiem wygodny leżak i ułożyły się na nim buziami do słońca. Przez przypadek zrobiły to na samej górze stoku. My chłopcy po krótkim czasie również poszliśmy w ich ślady. Oczywiście z kurtuazji. To, że przy okazji resztki alkoholu ulatniały się z naszych głów nie należy brać pod uwagę. Obsługujący wyciąg, gdy stwierdził, że wszyscy są na górze i jakoś nikt nie zjeżdża wyłączył wyciąg i nad stokiem zapadła błoga i niczym nie zmącona cisza.
W pewnym momencie ciszę tą przerwał jakiś WRZASK!
Okazało się, że jedna z koleżanek poczuła nieodpartą potrzebę bycia przez chwilę samą. Po cichu założyła narty i udała się na bezpieczną odległość powyżej nas. Tam zdjęła to co miała poniżej pasa i kucnęła przyjmując klasyczną pozycję do zjazdu „na jajo”. Przypadkowo nie stała w poprzek stoku, tylko w dół. Wystarczył jeden maleńki przypadkowy ruch i narty poniosły. Spodnie i figi miała poniżej kolan i nie mogła skutecznie zahamować, czy skręcić. Żeby to zrobić, musiałaby jednocześnie stać na wyprostowanych nogach, a nie chciała pokazywać wszystkim swojej płci. Skulona pozycja sprzyjała uzyskiwaniu coraz większej prędkości. Nie chciała również wykonać nagłego hamowania metodą „upadku” bo chyba nie chciała gołym ciałem stykać się ze śniegiem. Świeciła więc biedaczka piękną częścią swojego ciała i gnała w dół krzykiem budząc wszystkich obecnych. Tak zjechała na dół jakoś nie wywracając się po drodze.
Co było później śmiechu i zachwytu, to było. Dostała nagrodę za bezwypadkowy i wielce efektowny zjazd. Takich momentów się nie zapomina.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

O Zwierzętach

Bardzo lubię telewizyjne programy ogólnoedukacyjne, szczególnie „Powiązania”. Podoba mi się cała konstrukcja myślowa audycji (właśnie powiązania) zmierzająca poprzez liczne ciekawostki ze świata nauki i wynalazczości do finałowego tematu.
Zwierzęta, chyba jeden z najbezpieczniejszych tematów oprócz pogody, nie tylko w zamierzchłej przeszłości, gdy na przykład wspomnienie o bocianie, że ma czerwony dziób było powodem do śledztwa w sprawie działalności wywrotowej, antysocjalistycznej oczywiście (fakt autentyczny, dotknął dyrektora Wrocławskiego ZOO).
Co mają wspólnego zwierzęta i kanał Sueski? Nic? A może jednak? Otóż w czasach, gdy w Egipcie rządził król Egiptu - dostojny (oczywiście zapomniałem imienia), Anglia i Francja widząc wielkie przyszłe korzyści mocno zabiegały o koncesję na jego budowę. Po sowitym opłaceniu wszystkich ministrów (w wyższych sferach nie dawało się łapówki, tylko prezenty) król zaprosił obydwu konkurentów (ambasadorów) na wspólną ucztę, na której miała być ogłoszona ostateczna decyzja. Gdy pojawiło się główne danie, czyli baranina, król własnoręcznie wydłubał ze łba rzeczonego barana oko i jako największe uhonorowanie wręczył je do zjedzenia ambasadorowi Anglii. Ten jak przystało na dżentelmena z odrazą odmówił zjedzenia. Król tedy zaoferował to oko Francuzowi, który przyzwyczajony do jedzenia różnych frykasów z przyjemnością je zjadł. Historia nie mówi co było powodem, że koncesję na budowę kanału dostali Francuzi, ale kto wie czy to oko nie przeważyło szali.
Moja siostra, gdy przeczytałem jej tą sensację, podczas najbliższych świąt Bożego Narodzenia zażądała, aby na stole pojawił się karp (nie smażony) obowiązkowo z oczami i wobec nas wszystkich biesiadników te oczy zjadła. Zachwalała je jako bardzo smaczne („dzikie” araby wiedziały co smaczne), lecz mimo zachęty jakoś nikt z rodziny nie zdecydował się na degustację.
Wiele lat później, gdy byłem już żonaty i dzieciaty wszedłem do sklepu mięsnego celem zakupu między innymi karmy dla zwierząt (psa), która była sprzedawana pod postacią kiełbasy. Po wejściu do sklepu, a była całkiem spora kolejka do lady, krzyknąłem ponad głową kolejkowiczów, i oczywiście tak jak to potrafię na cały głos, „czy jest psia kiełbasa!!??”. Sprzedawczyni kiwnęła mi głową, że tak, więc spokojnie stanąłem w kolejce. Stojąca przede mną pani obróciła się do mnie z dziwnym wyrazem oburzenia na twarzy, więc odpowiedziałem jej również tak, żeby wszyscy w sklepie usłyszeli: „tak lubię ją, tylko oczy wyrzucam”. Paniusia wyszła za sklepu. Ucieszyło mnie to ze zrozumiałych względów, bo przecież zmniejszyła się kolejka.
A co to ma wspólnego z tematem dzisiejszych moich rozmyślań? Chyba nic poza tym, że bardzo fajnie mi się pisało.

czwartek, 25 grudnia 2008

W Samarkandzie

Wpadła mi w ręce książeczka, która od dziewiętnastu lat leżała sobie spokojnie w mojej biblioteczce. W niej rozdział „Dzieje rodziny Korzeniowskich” Coś mnie tknęło, żeby ją przeczytać. Okazała się perełką.
Opowiadanie Melchiora Wańkowicza opowiedziane na kanwie pamiętnika Hanki Korzeniowskiej. Polska rodzina, która znalazła się w wirze ucieczek wrześniowych 1939 roku, zatrzymała się wreszcie we Lwowie. W 1940 roku w lipcu wywieziona gdzieś za Ural. Tutaj zatrudniona przy wyrębie lasu. Gdy rozeszła się wieść o tworzeniu armii Polskiej (Andersa) zaczął się ich exodus do nieznanego im bliżej miejsca formowania. Tak znaleźli się w Samarkandzie.

„…W Samarkandzie zdarzył się taki fakt… — pojawiły się w Samarkandzie oddziały formującego się wojska polskiego. Z żywnością było źle, ale fantazji nie brakowało tym żołnierzom odradzającym się z nędzarzy. Pojawili się trębacze. Trębacze zrobili nieoczekiwane wrażenie. U dowódcy zjawiła się delegacja starców w pasiastych chałatach z kolorowymi krymkami na głowach, z tłumaczem rosyjskim.
Obyczajem wschodnim — nie można pytać o cel przybycia. Siedzą w koło, ciągną z filiżanek ofiarowaną herbatę. Pytają o żony, o dzieci, stare jak świat konwencjonalne pytania wschodu, cytowane z uśmiechem przez podróżników, tutaj jakże tragiczną mają wymowę! Bo ci wojacy nie wiedzą przeważnie, gdzie są ich żony i dzieci, wojacy je świeżo — utracili.
Wreszcie — wychodzi sprawa:
— Zagrajcie w piątek wieczorem przed naszym meczetem...
Uśmiechnął się pod wąsem dowódca, że to polscy żołnierze będą „kulturträgerami” na Wschodzie, że się tym poczciwcom muzyki na skwerze zachciewa. Co by im zagrać? No, już tam coś wybierze, raz coś zawodzącego wschodniego, a raz obertasa na odwyrtkę...
Ale goście mają jakieś życzenia co do programu muzycznego. No proszę,
..żeby jeden żołnierz grał na trąbce. Jeśli wojsko polskie chce, żeby grali wszyscy, owszem, oni nic przeciwko temu nie mają...
Ale oni tu przyszli prosić, żeby jeden grał na trąbce i żeby grał to, co kiedyś przerwał, kiedy oni byli w Lechistanie i ustrzelili na wieży świątyni trębacza w czasie grania...
War uderzył do głowy słuchającym oficerom. Każde dziecko wie, że od siedmiuset lat hejnał grany na wieży kościoła Mariackiego, hejnał grany co dzień o godzinie dwunastej na wszystkie cztery strony świata, urywa się nagle na najwyższej nucie. To na pamiątkę tego najścia Tatarów w wieku XIII, kiedy strzała tatarska przeszyła trębaczowi gardło w czasie hejnału. Ludność, według legendy, pod przewodnictwem cechu „włóczków", tzn. flisaków, ten napad odparła i od siedmiuset lat w rocznicę odbywa się po ulicach miasta barwny pochód „lajkonika", gdzie członek tej samej rodziny, która wówczas przewodziła włóczkom, przebrany za Tatarzyna z ogromną trefioną brodą, włożony w makietę wspaniale przybranego konia, którą opływa średniowieczny „kropież” — (barwna opończa do ziemi), tak, że nóg dźwigającego tę makietę nie widać i sprawia wrażenie, że harcuje na koniu — uwija się na czele barwnej świty po ulicach, tłukąc przechodniów ogromną buławą. Każde dziecko wie o tym, w Polsce. Siedemset lat... Nie wiadomo już, co legenda, a co rzeczywiste zdarzenie.
A tu oni?
„Oni" też mają swoją legendę, związaną z tym zdarzeniem, która powstała w czasie odwrotu i klęski. Z niezdarnych słów ich starszyzny, ze stękania tłumacza można wyrozumieć, że ich kapłani wytłumaczyli klęskę tym, że zastrzelono „polskiego muezina”, wzywającego do chwalenia Boga. Że czasze sprawiedliwości są ciężkie. Że nie przeważy się zadośćuczynienia, nie będą miały ludy nad Amu-Darią pokoju ani wolności, dopóki trębacz z Lechistanu nie odegra tego samego hejnału w Samarkandzie.
Poradlone twarze starszyzny prześwietlają się uśmiechem. Myśleliśmy, że przyjdziecie jako wrogowie... a ot, Allah, niech będzie pochwalone imię Jego, sprawił, że zdejmiecie klątwę tego czynu z nas jako przyjaciele.
W oznaczony dzień stanęli trębacze kolorowo i buńczucznie, z fanfarami, z „płomieniami” przy świecących trąbach przed turkusową kopułą Bibi-Khanum. Wypełzły z ubogich lepieńców, stał tłum milczący i nieruchomy. A kiedy hejnał wspiął się na najwyższą nutę i zamarł — tłum przebiegł dreszcz, jakoby dopełniło się siedemsetletnie przeznaczenie i pękł urok.”

Przytoczony urywek pochodzi z 4 zeszytu Reporterskiej Aukcji Zdarzeń „Białe plamy” Oficyna Literatów „Rój” Warszawa 1989