niedziela, 20 lipca 2008

Ale się porobiło


Z okazji 14 lipca, to jest rocznicy zburzenia Bastylii Oddział Wałbrzyski Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Francuskiej zorganizował małą uroczystość połączoną z tańcami i wyszynkiem. Pani prezes oddziału skorzystała z okazji, że akurat przyjechała jej rodzina z Francji i zaprosiła ich oraz Grażynkę ze mną na tą fetę. Oczywiście za pełną odpłatnością. Mieliśmy również zarezerwowany nocleg.
Impreza była nad wyraz udana. Nie udane natomiast było przebudzenie. Okazało się, że naszym gościom w nocy ktoś włamał się do samochodu. Nie zadziałała metoda zgwałcenia zamka, więc zbili szybę i tak dostali się do środka. Straty materialne były stosunkowo małe. Ot dwa zamki, szyba i trochę osobistych rzeczy. Jak jednak z rozbitą szybą wracać do Francji?
Jak zdobyć szybę w niedzielę? Mój szwagier to stary kierowca. Umówiliśmy się z nim w pracy jego wnuka – dealera używanych samochodów. Szyby nie było. Jednak podczas rozmowy o pogodzie, ostatnich wydarzeniach politycznych mimochodem prowadzonych wśród towaru wystawionego na sprzedaż zwrócił moją uwagę na całkiem ładny samochodzik. Trzyletni Ford Fokus z całym szeregiem wyposażenia. Padła cena i kupiłem.
Do domu wróciliśmy nowym nabytkiem. Nastroju nie zepsuł nam (a na pewno mi osobiście) fakt, że nowy dach znowu diabli wzięli (właśnie była planowana na ten rok inwestycja). Jutro jadę do Wałbrzycha dokonać wszystkich formalności związanych z zakupem. No i cacy jak mawiał pewien bardzo nobliwy pan.

piątek, 18 lipca 2008

W Krakowie


Jak mawiał poeta: „Gołębiami zawalony Kraków, gówno ma z tych ptaków” (oczywiście Sztaudynger). Zajechaliśmy bezboleśnie. Na obiad mój nos skierował mnie do Kazimierza (dzielnica Krakowa). Trafiłem bezbłędnie. Piękny domowy obiadek z winkiem i kawą.
Krótki odpoczynek i wieczorem do Collegium Maius, bo tam właśnie była organizowana feta przez konsulat Francji ku czci rocznicy obalenia Bastylii. Jak się później okazało mogłem wejść, bo na zaproszenie tradycyjnie wchodzą dwie osoby. Za to poszedłem na Rynek. Przyjechaliśmy około 10 minut przed wyznaczonym czasem, a tu brama zamknięta. Delikatnie WALĘ w bramę. Uchyla się i uśmiechnięta organizatorka uprzejmie tłumaczy, że impreza przecież na osiemnastą, więc mam czas. Cholera mnie wzięła. Poinformowałem uśmiechniętą, że przyzwoitość nakazuje, żeby na takie imprezy przychodzić około dziesięć minut wcześniej. Na ulicy właśnie zebrała się pokaźna grupka zaproszonych, a wśród czekających są osoby starsze, jest również osoba o kulach, że nie wspomnę o narażonych na padający właśnie deszczyk garniturach i toaletach pań. Uświadomiłem uśmiechniętą, że postępuje wielce nieelegancko i zażądałem wpuszczenia. Podziałało. Co to znaczy osobisty urok i wdzięk oraz umiejętność perswazji (wcale się nie chwalę wszyscy moi znajomi i tak wiedzą, że jestem człowiekiem niezwykle skromnym). Teściowa wróciła uśmiechnięta, zadowolona i pod przemożnym działaniem alkoholu (dobre francuskie wina oraz szampan). Nawiązała szereg nowych znajomości i zapowiedziała, że za rok jedziemy do Warszawy.
Na rynku kupiłem w Sukiennicach smoka dla Grażki (obowiązek). Moją uwagę zwrócił facet, który właśnie usiadł sobie w podcieniu i przygotowywał instrument. Facet ubrany w strój, jaki widać na ilustracjach „Ogniem i mieczem”. Zrobiłem mu zdjęcie, a ten wystawił kartkę, na której stało, że zdjęcie kosztuje dwa złote. Podszedłem uiścić żądane dwa złote i zauważyłem na jego ramieniu plakietkę pisaną cyrylicą, z której wynikało, że jest z Ukrainy. Zagadałem go po rosyjsku (opanowałem ten język w stopniu biegłym. Jednak dało się, musiałem tylko chcieć). Okazało się że jest kozakiem z Krymu.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy do Andrychowa, do siostry Teściowej. Ponieważ autostrada na trasie Katowice-Kraków jest płatna i nie ma możliwości dołączyć do niej w środku, musiałem jechać do Katowic drogami krajowymi. Makabra. Jeden wielki korek przez kilkadziesiąt kilometrów.

niedziela, 6 lipca 2008

I o czym tu napisać?


I o czym tu napisać? W epoce radiowej stałą audycją w mojej rodzinie było słuchanie felietonów doktora Jana Żabińskiego. Co tydzień o tej samej porze wygłaszał swe półgodzinne felietony. Był jeszcze sprzed wojny dyrektorem warszawskiego Zoo. Jakże barwnie potrafił opowiadać o zwierzętach, szczegółach z ich życia i budowy. Żeby w pełni opisać tą postać podaję, że razem ze swoją żoną zostali udekorowani orderem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Było za co. Zresztą za działalność w AK i walkę w Powstaniu Warszawskim został wyrzucony z dyrektorowania w Zoo. Ale to już drobiazg.
Już jako dziecko miałem ciągoty do techniki. Moim stałym prezentem na wszystkie urodziny, imieniny, choinki był mechaniczny traktor. Taki nakręcany na kluczyk. Bawiłem się nim przez kilka dni, a następnie następowało nieodmiennie: rozkręcanie na kawałki i badanie jak to działa. To było szczęście! Najlepszą zabawą był stary poniemiecki rower. Był mój. Można było go bez ryzyka, że będzie awantura rozkręcać, montować na nowo, zmieniać, dodawać, słowem raj. Zawsze chciałem być inżynierem. Tylko w okresie felietonów pana Żabińskiego zastanawiałem się, czy przypadkiem nie być zoologiem. Wymyśliłem sobie ichtiologię w Olsztynie, bo wiązało się to w perspektywie z podróżami po morzach świata. Łączyło jednocześnie z państwem Centkiewiczami poprzez ich książki o polarnych krańcach Ziemi oraz z Karolem Borchardtem - autorem książki „Znaczy kapitan”, jedną z nielicznych książek, które czytałem kilka razy. Człowiekiem, który potrafił zarazić człowieka radością z życia i wykonywanej pracy. Na szczęście trwało to krótko (mam na myśli oczywiście ichtiologię).
W moim pojęciu przyszły inżynier nie powinien zbytnio angażować się w sprawy związane z „humanistyką”. Co prawda to pojęcie nie przeszkadzało mi być dobrze oczytanym. Połykałem książki w tempie około 50 stron na godzinę już w szkole podstawowej, ale było to „dozwolone”, bo mogło się to przydać podczas studiów technicznych. Do tego doszedł jeszcze jeden element. Otóż dziewczyna, w której byłem (a jednak) beznadziejnie zakochany robiła dziwne oczy na widok naszego historyka. Jasne jest że nie mogłem uczyć się historii. Byłoby to poniżej mojej godności. Nie wymienię, imienia wybranki mojego serca, bo nie ma to żadnego wpływu na kulistość ziemi. W ogóle o tym fakcie wiedziałem tylko ja (och ta romantyczna dusza Polaków).
Moja Babcia z kolei, w stosunku do mojej osoby, miała tylko dwa życzenia: żebym ją kiedyś wyspowiadał (wtedy jako dziecko jeszcze chodziłem do kościoła) i żebym nad jej grobem zagrał na skrzypcach. Raz na urodziny dostałem od niej kartkę z życzeniami: „Czem będziesz? Inżynierem, lotnikiem, a może księdzem? Zgadnij, o co się Babunia dla Ciebie modli”. (Cytat dosłowny. Słowo „Czem” wynikało z przedwojennej składni). Moja Mama nie miała zamiaru skierowywać mnie na tory seminarium duchownego, ale namówiła mnie, żebym dla świętego spokoju, jak powiedziała, zapisał się do szkoły muzycznej. Tą pigułę jakoś musiałem przełknąć i do szkoły muzycznej chodziłem. Została mi, czego nie mogę się do dziś nacieszyć, wrażliwość na muzykę i niezwykła czułość ucha. Potrafiłem wyczuć u mojej córki Agaty każdy fałsz i niedoskonałość tempa. (też chodziła do szkoły muzycznej).
Czuję się jak właśnie ten mój ulubiony Pan Żabiński ze swym cotygodniowym felietonem. Robię to z przyjemnością, bowiem mimo wszystko powrót w tamte czasy jest dla mnie miłym zajęciem. Jeden z jego felietonów miał podobny tytuł jak mój. Myślę, że zajął Was przez chwilę.
PS. Zdjęcie przedstawia Antoninę i Jana Żabińskich. Znalazłem je na jakimś forum i nie moglem go później znaleźć (forum oczywiście), aby prawidłowo określić źródło. Bardzo proszę nie ciągać mnie z tego powodu po sądach. Robię to bowiem z czystej życzliwości do tych (niestety zapomnianych już) ludzi.

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Końskie nazwisko

W komedii Gogola „Końskie nazwisko”, jakiś tam (zapomniałem nazwiska) horodniczy cierpiał na ból zęba. Wszyscy domownicy chodzili na paluszkach i próbowali mu ulżyć w cierpieniu. Biedak przed sobą miał tylko jedną perspektywę: wizytę u dentysty. Była to wizja okropna. Zresztą wcale mu się nie dziwię. Pewnego razu, gdy ja byłem z wizytą u swojej dentystki wyraziłem się, że boję się dentystów bardziej niż ginekologów. Do dzisiaj nie rozumiem, co ją w tym stwierdzeniu ubawiło. Przecież, ale dajmy temu spokój i wróćmy do meritum. Otóż w pewnym momencie jednemu z domowników rzeczonego horodniczego przypomniało się, że niedaleko mieszka pewien znachor, który bardzo dobrze zamawia ból zębów. Zapomniał tylko jego nazwiska. Pamiętał tylko, że miał „końskie nazwisko”. Wszyscy próbują naprowadzić jegomościa na trop nazwiska wymieniając różne wyrazy związane z koniem. Na próżno. Zbolały horodniczy ostatecznie poszedł do dentysty, który ząb wyrwał. Wracającego wita w drzwiach uradowany domownik z wieścią, że przypomniał sobie to nazwisko - Owsiannikow. No to wykazałem się znajomością literatury. Cała moja kariera zawodowa związana była z kopalniami miedzi. Przez kilka lat byłem sztygarem w oddziale szybowym. Miałem na podszybiu sygnalistę który wcale nie miał końskiego nazwiska, ale nie wiadomo dlaczego nosił przezwisko „kobyła”. Trzeba wiedzieć, że sygnalista to na kopalni wielka szycha. Pamiętam, że jak byłem na szkolnej wycieczce w Wieliczce, to na dół szliśmy schodami, ale na powierzchnię wyjeżdżaliśmy szybem. Wbiły mi się w pamięć te tajemnicze dzwonki. Nadawał je właśnie sygnalista. On otwiera wrota szybowe, daje pozwolenie do wsiadania, zamyka drzwi klatki (górnicy nie mówią winda tylko właśnie klatka). Dzwonki służą do wydawania komend maszyniście maszyny wyciągowej. Jeden dzwonek-stój, dwa-ciągnij (w tym wypadku do góry), trzy-opuszczaj oraz wiele innych. Wracając do mojego sygnalisty, gdy załoga zjeżdżała na dół tuż przed daniem sygnału „stój” wszyscy w klatce krzyczeli jak na konia „prr”. Podczas wyjazdu z kolei na powierzchnię, krzyczeli „wio” i wiele innych różnych docinków. Chłopak dostał obsesji. Pewnego razu pod koniec szychty, gdy załadował ludzi do klatki i nadał sygnał „ciągnij do góry” ludzie jak zwykle zaczęli mu dokuczać wołając „wio”. Sygnalista zatrzymał klatkę, opuścił ją nieco niżej poziomu podszybia, chwycił za wąż i zaczął ich polewać wodą (a to była zima). Dokładnie ich zmoczył nie zważając na wrzaski oraz przyszłe regulaminowe kłopoty i dopiero wtedy odesłał klatkę do góry. Kiedyś przyszedł do nas pracować nowy nadsztygar nazwiskiem Sieczka. (taki człowiek ma prawo zjeżdżać i wyjeżdżać o dowolnej porze). Dzwoni więc do naszego sygnalisty, żeby uzgodnić z nim porę wyjazdu (tak było w zwyczaju) i przedstawia się: „tu Sieczka”. W odpowiedzi usłyszał stek przekleństw. Musiałem później obu tłumaczyć nieporozumienie i załagodzić całe zajście. Innym razem ten mój sygnalista pracował w kufajce (była to zima) niewiarygodnie poszarpanej i brudnej od smarów i temuż podobnych rzeczy. Pewnego razu pod szyb przyszedł zapowiedziany wcześniej dyrektor kopalni z osobą towarzyszącą. Klatka już zjeżdżała po nich. Na te kilka chwil sygnalista zaprosił ich do swojego pomieszczenia, które było odsłonięte od przeciągu oraz miało nagrzewnicę i było ciepło. Osoba towarzysząca chcąc coś miłego powiedzieć powiedziała: „ale tu u pana fajnie” na to on z dumą „trzeba się było na to UCZYĆ”

niedziela, 22 czerwca 2008

Sanatorium w Ustce

Jak już wcześniej wspominałem, przydarzyła mi się okazja pobyć dwa tygodnie w sanatorium w Ustce. Postaram się obecnie uporządkować i utrwalić moje wrażenia z tego wyjazdu.
Dzień 1. Szybko udałem się zobaczyć morze, czy aby jest na swoim miejscu – było. Były również, jak to zwykle bywa, przydziały pokoi oraz kolejka na zabiegi. Nic specjalnego. Dostałem masaże na jakimś automatycznym łóżku i naświetlenia lampką. Mecyje. To po to jechałem na drugi koniec Polski. Podczas obiadu zauważyłem, że przy „naszym” stole jest wyszczerbiona solniczka. Szybko zamieniłem ją z sąsiadami.
Dzień 2. Atrakcją dzisiejszego dnia będzie wieczorek zapoznawczy. Przy śniadaniu okazało, że sąsiedzi gwizdnęli nam naszą solniczkę. To ten łysiejący facet. Łobuz. Już ja nauczę go porządku. Jednak ukłoniłem mu się. Pokażę jak zachować się z klasą. Niech się uczy. Ta Ruda przy stoliku obok wygląda całkiem ponętnie. Obiecuję sobie, że zatańczę z nią przynajmniej kilka razy.
Dzień 3. Czarny dzień. Ten Łysy miał bliżej ode mnie do Rudej i cały wieczór tańczył z nią. Byłem taki wściekły, że nie osłodził mi życia fakt, że przeniosłem solniczkę na nasz stolik. Postanowiłem, że zdobędę Rudą. Wezmę ją na intelekt. Przecież ten Łysy wyraźnie widać, że nie grzeszy ogładą.
Dzień 4. Chyba specjalnie mi na złość Łysy z Rudą rozłożyli się na plaży obok mnie. Podsłuchałem ich szczebiot i wyszło na jaw, że jest byłym koszykarzem. Ruda patrzyła na niego jak na obrazek. Ohyda. Przy obiedzie kelnerka mnie pierwszemu podała posiłek i tak ładnie się uśmiechnęła. No, no? Nawet nie zareagowałem, że Łysy bezczelnie gwizdnął nam solniczkę.
Dzień 5. Uf! Jakie szczęście, że nie wyjawiłem wczoraj swoich uczuć kelnerce. Wieczorem przyszedł po nią jej facet. Lepiej było nie zaczynać. Za to dzisiaj mieliśmy zwiedzanie Ustki. Przebudowany na lokomotywę traktor ciągnął coś w rodzaju disnejowskiego wagonika. W środku my. Siedziałem obok pięknej Blondynki. Błysnąłem nawet kilka razy intelektem, a ona przyjęła to przychylnie. Do tego udało mi się umieścić solniczkę na SWOIM miejscu. Przyjemnie było widzieć wściekłość na twarzy Łysego.
Dzień 6. Hura! Byłem w jadalni przed Łysym. Solniczka jest więc na swoim miejscu. Życie jest piękne. Pogoda natomiast nieciekawa. Padało. Blondyna nie pokazała się. Idę na rybkę do portu.
Dzień 7. Ta rybka musiała być nieświeża. Bez komentarza. Dzisiaj wieczorem był wieczorek taneczny. Beze mnie.
Dzień 8. Pokazałem się na posiłkach, ale jako ozdrowieniec „jadłem” tylko herbatkę. Jak na złość były moje ulubione potrawy. Nawet nie zarejestrowałem, gdzie jest solniczka.
Dzień 9. Znalazła się solniczka. Jest na stoliku przy oknie. Ten Chudy jest naiwnie bezczelny. Myśli, że wszystko mu wolno. Ale przeliczy się. W międzyczasie Blondynka chodzi sobie po promenadzie z jakimś Wysokim facetem nie z naszego sanatorium. Jak ona może?
Dzień 10. No! Łysy zagadał Chudego, a ja zdjąłem solniczkę. To się nazywa współpraca. Uzgodniliśmy, że na przemian będzie u mnie i u niego. Wara jakimś innym od naszej solniczki!
Dzień 11. Rejs statkiem po morzu. Miło było patrzeć, jak Łysy choruje za burtę. Sztama z solniczką to jedno, a blizna na sercu z powodu Rudej to drugie. Ruda jak widać też jest mocno zdegustowana tą sytuacja.
Dzień 12. Bezczelny Grubas. Zwyczajnie, we wredny sposób, jawnie na naszych oczach zwinął solniczkę z mojego stołu. Próbowałem zagadać taką jedną nieznajomą na promenadzie. Właściwie udało mi się, ale deszcz zepsuł całą sprawę. Nie miałem parasolki i paniusia skorzystała z „uprzejmości” faceta z jej sanatorium. Świat jest jednak niesprawiedliwy.
Dzień 13. Wieczorek pożegnalny. Przeszedł właściwie bezpłciowo. Nikt nikogo. Jeszcze po południu byłem w sklepie z pamiątkami. Za ostatnie grosze kupiłem żonie pamiątkę. Latarnia morska z muszelek. Piękna. Niech wie, że ciągle myślałem o niej. Kuchnia też się popisała. Wystawiła na stoły nowy komplet SOLNICZEK. Tak więc w narodzie zapanowała zgoda.
Dzień 14. Wyjazd do domu. Jak miło będzie wrócić do znanych i smacznych obiadków domowych.

wtorek, 27 maja 2008

Jak to ze lnem było


Swojego czasu Grażka dostała ekstra Bota do #3. Lesti był wtedy najsilniejszym botem w Polsce. Co to jest bot? Jest to skrót od słowa robot. Robot komputerowy. Umiał bardzo dużo. Pilnował porządku i zarządzał całym kanałem. Dawał „opa” (specjalne uprzywilejowanie), a w wypadku niegrzecznego zachowania się rozmówcy wywalał z kanału na zbitą twarz. #3 to z kolei kanał IRC-owy trzeciego programu PR, którego naczelnym Guru był wówczas znany wszystkim „Niedźwiedź”. Na kanale tym między innymi głosowało się na zwycięzcę tygodniowej listy przebojów. Społeczność starych bywalców, jak to zwykle bywa, doskonale się znała. Starzy bywalcy mieli pewne „fory” u Grażki. Trzon znajomych stanowili wybrańcy, których nazywała swoimi „internetowymi dziećmi”. Często zdarzało się, że różnymi drogami internetowymi docierali do niej z prośbą o „wstawiennictwo” u Lestiego, ”bo na chwilę zapomnieli się i użyli sformułowania powszechnie uznanego jako nieprzyzwoite”, a Lesti w takich wypadkach bywał bezwzględny.

Z okazji pomyślnej obrony pracy magisterskiej Grażki postanowiliśmy wyprawić ogólne zapoznanie się z jej „internetowymi dziećmi”. Zostały wysłane w internet odpowiednie wici i pewnego pięknego dnia zjechało się kilkadziesiąt osobników z całej Polski. Wszyscy uczestnicy „Przemkowskich spotkań magisterskich” otrzymali gustowną koszulkę w pięknym kolorze zieleni i z odpowiednim napisem. Modne zaczęło się szukanie. Na zawołanie „gdzie jest Basia?” cały chór usłużnie informował „…o tam ta dziewczynka w zielonej koszulce”. Najpiękniejsze były noce. Całe towarzystwo leżało na kocach na tarasie z piwkiem i rozmawiało półgłosem o wszystkim do wczesnego rana.

Przez kilka dni całe to towarzystwo zwiedzało okolicę. Przewodnik oprowadzał po najciekawszych zakątkach stawów, i rezerwatu łąkowego. W zaprzyjaźnionym gospodarstwie agroturystycznym zdechły akurat dwie ładne świnie i wszyscy solidarnie, i bezinteresownie je skonsumowali. Ile wypito piwa nie powiem, bo nie liczyłem. Nie doliczyłem się natomiast ani jednego przypadku zatrucia alkoholowego. Niebywałe, ale prawdziwe. Największą chyba atrakcją było zwiedzanie kopalni miedzi. Niestety tylko dla chłopców (dyrekcja w tym względzie była nieprzejednana). Również liczba była ściśle określona. Dziesięciu szczęśliwców zostało najpierw odpowiednio przeszkolonych, a potem zjazd na dół. Po wyjeździe czekała ich chyba jeszcze większa przyjemność. Każdy z nich dostał z rąk przedstawiciela dyrekcji kopalni certyfikat stwierdzający, że był 1000 metrów pod ziemią. Gratka nielada. Dzięki temu w drodze rewanżu, również oficjalnie, zwiedziłem łódź podwodną „Dzik”.

Jak to w życiu bywa drogi nasze rozeszły się. Każdy wrócił do swojego życia. Towarzystwo z #3 w zasadzie rozleciało się. Zostało kilka znajomości. Odwiedzamy więc stolicę polskiego bociana Żywkowo, gdzie rządzi Yendza, pisujemy do siebie kartki świąteczne, ale najbardziej cieszę się z wizyty niejakiej Ziuty (Yendza i Ziuta to oczywiście nick). Właśnie w ten weekend była u nas. Ma swoje kłopoty, bo kto ich nie ma. Potrafi jednak przywieźć ze sobą tyle ciepła i radości życia, że zapomina się o wszystkich troskach i niepowodzeniach. Drugiej takiej osoby w życiu nie spotkałem. Jej pobyt natchnął mnie właśnie na te wspominki.

Co to wszystko ma wspólnego z tytułem? A no nic. Chyba tylko to, że też jest opowieścią o pewnych dziejach.

wtorek, 6 maja 2008

Gderanie

Wszystko w tym roku jest jakieś nieudane. Zima nie zima. Bez śniegu, bez mrozu. Za to firma, która zajmuje się dystrybucją gazu ziemnego szczodrze pompowała do rur powietrze. Spowodowało to zwiększone ponad miarę „zużycie” gazu i oszałamiające wprost rachunki. Skandal na całą Polskę. Rozeszło się oczywiście po kościach. Emeryci będą musieli za swoje rachunki zapłacić (bo to oni podnieśli krzyk), a gazownicy będą mieli z czego zafundować sobie „trzynaste pensje” (nie jestem pewien, czy znasz ten termin. Jest to rodzaj premii za dobre osiągnięcia wprowadzonej w czasach Gierka).

Święta jeśli idzie o pogodę również były na opak. Przemieszane. Za to mieliśmy po raz pierwszy udokumentowaną trąbę powietrzną. Była jak na początek nieduża, zmiotła kilka chałup, ale pokazywano ją w telewizji. Cudownie! Nie muszę wyjeżdżać do Stanów, aby to zobaczyć. Statuę Wolności i Niagarę widziałem na filmach wielokrotnie. Żal mi tylko tych widoków Antelope Canyon, które właśnie niektórzy nasi znajomi oglądają.

Pierwszy Maj. Jakże przyjemnie wspominam to święto. Pamiętam to jako ogólnokrajową majówkę. Nie przypominam sobie, aby ktoś nas przymuszał do uczestniczenia w pochodzie. Nasza szkoła chyba w ogóle nie szła. Za to zawsze oglądałem pochód jako widz. Do końca dnia wszędzie odbywały się jakieś imprezy. Na placu Grunwaldzkim na froncie budynku MPK wisiał zrobiony na płótnie portret jakiegoś górnika. Wisiał tak kilka dni i był wywieszany przez kilka lat (chyba aż się nie rozleciał). Dlatego wrył mi się w pamięć. Po iluś tam latach, gdy poszedłem pierwszy raz do domu mojej wybranki zostałem przedstawiony jej ojcu. To był właśnie ten człowiek z portretu. Jego kopia (portretu, a nie ojca) w przyzwoitym rozmiarze A4 wisi u mnie w domu.

Obecnie „zakazanym” kolorem jest kolor czerwony. Nie zdarzyło się, aby nasz prezydent wystąpił przed takim tłem. Zniknęły krawaty polityków w tym odcieniu. Nie wywieszam flagi na 1-go maja. Nie chcę, aby wisiała również 3-go maja. Nas też uczono w szkołach, że to rocznica Konstytucji. Nigdy jednak nie poznaliśmy jej treści. Powód prosty. Jest to pierwszy w świecie udokumentowany KONKORDAT. Oddawał w pacht nasz kraj Watykanowi. Zakładał prawnie ustanowioną nietolerancję religijną. Pokłosie tego ciągle jeszcze trwa do dziś. Właśnie to było powodem powstania Targowicy. Ale zostawmy historię. Z niepokojem obserwuję obecnie ciągły nacisk na działania zmierzające do uczynienia Polski państwem wyznaniowym.

Pamiętam wypowiedź jakiegoś bohatera jakiejś powieści który mówił, że jak go rwie w kolanie i ćmi ząb, to wie że żyje. Moja Babcia, w wieku około 90 lat poprosiła Mamę, żeby ją zaprowadziła do lekarza, bo ją drapie w gardle i boli kolano. Lekarz po zbadaniu właściwie niczego nie stwierdził i powiedział Babci, że jej stan jest normalny w tym wieku. Babcia do lekarza: Panie doktorze. To drugie kolano ma tyle samo lat i nie boli. A do Mamy: Aniu, prosiłam cię, żebyś mnie zaprowadziła do lekarza. Wychodzimy.

To się nazywa podejście do życia. Całe to moje dzisiejsze GDERANIE bierze się stąd, że po raz pierwszy złapały mnie korzonki. W paskudnym miejscu. Tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Niczego nie mogę i nie mogę sobie znaleźć miejsca. Byłem u lekarza. Ta dała mi jakieś zastrzyki, po których dopiero zaczął się ból. Teraz dokładnie wiem, że żyję. Trzyma już z tydzień i chyba powoli puszcza, ale leki odstawiłem.