środa, 4 marca 2009

Spokojnie chłopie


Tak bym chciał błysnąć dowcipnym tekstem. Zadziwić świat inteligencją i efektowną puentą wypowiedzi… Kiedyś Napoleon przyjechawszy do pewnego miasta wezwał do siebie burmistrza i oburzony wielce pyta się nieszczęśnika, dlaczego nie został przywitany salwą armatnią, przecież wydał ku temu odpowiednie zarządzenie. Sire odpowiedział burmistrz, złożyło się na to kilka przyczyn, a jedną z nich jest fakt, że miasto nie posiada w ogóle armat. Ja też mam kilka przeszkód natury formalnej, że nie mogę sprostać własnym przecież życzeniom. Powodem jest nasza sytuacja w kraju. Przyrzekałem sobie solennie, że sytuacja społeczno-polityczna nie będzie mnie nic obchodzić. Niestety nie jest to możliwe. Nie ma dnia, żeby nasze publikatory nie odnotowały jakiejś kolejnej afery, wystąpienie naszych pożal się Boże przywódców krytykujących w sposób bardzo mało wybredny rządzących, zresztą często nie bez racji. Odnoszę wrażenie, że tylko lewica tak naprawdę wie i potrafi jako tako prawidłowo rządzić tym krajem.
Cały świat goni za byciem czymś nadzwyczajnym. Jedni jedzą kilkadziesiąt jajek na twardo, inni wymyślają jeszcze inne wielkie rekordy. Wszystkie reklamy wmawiają, że jesteś nadzwyczajny, dlatego to ten oto środek na przeczyszczenie jest specjalnie dla ciebie. Jesteś tego wart. Co ma zrobić ktoś, kto chce zwyczajnie jak przystało wychować rodzinę, w zwyczajny sposób kochać i szanować się nawzajem bez beznadziejnej gonitwy za czymś niezwykłym. Nie wiem, czy pamiętasz piosenkę „Spokojnie chłopie”, w której na zakończenie mówi się „a życie, życie żeś przegapił?” Cały czas postępuję tak, aby właśnie przegapić swoje życie. Spokojnie i wytrwale pracowałem na tej swojej kopalni. Teraz chcę zobaczyć swojego wnuka w ramionach matki, spokojnej o jego i swoje szczęście oraz sytuację finansową. Która nie będzie wiedziała co to terroryzm, krach na giełdzie, ani wojna.
W nagrodę za swoje szare życie wcale nie wiem, czy w następnym miesiącu w ogóle dostanę tą swoją emeryturkę. Nie wiem, czy jutro nie ogłoszą, że mieszkam już w państwie kościelnym i zgodnie z prawem jako ateiście nic mi się nie należy. Obaw tych jest jeszcze wiele więcej, że nie wspomnę o ogólnoświatowym bałaganie finansowym i wojnach religijnych.
I tym oto szczęśliwym akcentem chcąc zakończyć tą swoją wypowiedź zwracam wszystkim uwagę, że już niedługo nadejdzie komunistyczny Dzień Kobiet. Z tej okazji ślę wszystkim kobietom zwyczajowo piękny goździk (wyklęty obecnie jako komunistyczny relikt) razem z życzeniami wszystkiego, wszystkiego. Po cichu zdradzę, że tego dnia też przyjmuję kwiaty, bowiem 8-go marca brałem ślub. Już 34 lata temu.

niedziela, 8 lutego 2009

Sensacja naukowa

Dawno, dawno temu, kiedy… no właśnie kiedy?
Świeżo po wojsku, z maturką w kieszeni, przyjechałem do Lubina, przyszłej stolicy Polskiej Miedzi zachęcony obietnicą, że po roku pracy można starać się o skierowanie na studia. Była to jedna z zachęt dla młodych ludzi i co ciekawe Kombinat słowa dotrzymał. Pięć lat na „wieczorówce” strzeliło jak z przysłowiowego bicza i jako młody inżynierek stałem się „osobą dozoru”. Najniższy stopień w hierarchii nosił niezbyt ciekawą nazwę: „dozorca”. Trafiłem do oddziału szybowego. Mówiono, że słusznie jesteśmy pracownikami umysłowymi, bo na podszybiu wozy z urobkiem popychamy głową. Wszystkie urządzenia do wydobycia projektowane i wytwarzane były w okręgu węglowym. Specyfika naszego rejonu (ruda miedzi twardsza i cięższa od węgla oraz zasolone środowisko) powodowała, że nagminnie ulegały awariom. Do tego brak doświadczenia załogi i mamy pełny obraz sytuacji. Dosyć napięte plany wydobycia, bo „kraj czeka na miedź” zmuszały nas do dużego wysiłku.
Chyba wszędzie młodzi ludzie skłonni są do przekory oraz różnych żartów. W pewnym momencie między nami zaczęło się mówić o „gronoszybikach”. Były to groźne bakterie, które zamieszkiwały na dnie szybów (w rząpiach). Odżywiały się głównie miedzią, powodując zmianę jej barwy na zielonkawą. Dlatego tak ważne jest jak najszybsze wydobycie rudy i przewiezienie do huty, żeby te wstrętne bakterie wszystkiego nie wyżarły. Zawsze znalazł się jakiś naiwny słuchacz, który nie znał kopalni i z zapartym tchem tego wszystkiego słuchał. Takie i inne historie krążyły w narodzie.
Przebił nas taki jeden, ale zacznijmy od początku. Pewnego razu (przełom lat 60 i 70) na świat gruchnęła wieść, która powaliła wszystkich na kolana. Do kierownika oddziału zadzwonił z podszybia sygnalista, który zobaczył, że w wozie, który akurat podjechał pod szyb, z urobku wystaje ludzka czaszka. Zatrzymano wydobycie (ewenement w tamtych czasach). Powiadomiono prokuraturę, i wszystkie możliwe władze. Zjawił się też dziennikarz (przedstawiciel „czwartej władzy”, w tamtych czasach rzeczywiście władzy), który wszystko co widział opisał i sfotografował. Wiadomość pojawiła się w prasie. Gdy stwierdzono, że czaszka nie nosi znamion przestępstwa powołano biegłych archeologów. Chodzi o to, że złoża miedzi mieszczą się w warstwach Permu (to taka era archeologiczna). Wtedy to na ziemi nie było jeszcze ssaków. Przynajmniej nauka tak twierdziła. A tu szczątki ludzkie. Sensacja naukowa na cały świat. Wiadomo było skąd ten nieszczęsny wóz przyjechał. Kilku naukowców z Wrocławskiego Uniwersytetu grzebało na oddziale wydobywczym szukając resztek od tej czaszki. Sceptyków oczywiście nikt nie słuchał. Dopiero po zrobieniu próby izotopu węgla rzeczonej czaszki, celem stwierdzenia jej wieku, okazało się, że eksponat nie ma nawet stu lat. Czaszka okazała się „wypożyczona” z muzeum. Dowcipniś cichcem zwiózł ją do kopalni i podrzucił do wozu z rudą w taki sposób, aby ktoś ją zauważył. Sprawa rozeszła się po kościach wśród ogólnego śmiechu. Dowcipniś uniknął jakichkolwiek konsekwencji, bo należał do szczęśliwców, których się nie karze.

środa, 21 stycznia 2009

Wspominki

Wspomnienia z przeszłości u wielu ludzi kojarzą się z przyjemnymi rzeczami. Nie inaczej jest ze mną. Przykrych rzeczy nie pamiętam, albo staram się nie pamiętać. Mój obecny temat wiąże się z zimą. Ostatnio w telewizji ciągle podają warunki śniegowe i prawie zawsze jest mowa o Zieleńcu – taka wioska w Kotlinie Kłodzkiej słynąca z tego, że posiada stok nachylony na północną stronę oraz z tego, że tam zawsze jest śnieg.
Przypomniały mi się moje ostatnie lata „wolności kawalerskiej” (pierwsza połowa dekady lat siedemdziesiątych). Wtedy, w moim zakładzie pracy wykształciła się tradycja zimowisk w Dusznikach Zdroju. Dwa tygodnie w schronisku „Pod muflonem”. Braliśmy sobie urlopy na ten okres. Turnus liczył około pięćdziesiąt osób obojga płci i wypełniony był zwiedzaniem ciekawych miejsc w okolicy, degustowaniem wód zdrojowych, których nie brakowało oraz przede wszystkim jazdy na nartach. Często również zapraszaliśmy do siebie znanych ludzi. Tu poznałem kapitana żeglugi jachtowej Krzysztofa Baranowskiego, który jak przystało na Yachtsmena zawstydził nas wszystkich swoją wyśmienitą umiejętnością jazdy na nartach. Przy schronisku znajdował się piękny stok z wyciągiem, na którym całkiem spore grono zapaleńców zapamiętale ćwiczyło odstokowe i dostokowe, a bardziej zaawansowani nawet śmigi. Pod koniec turnusu organizowany był nieodmiennie slalom, którego zdobywca pierwszego miejsca zajmował poczesne miejsce w nazbyt skomplikowanym systemie hierarchii ważności również w naszym przedsiębiorstwie. Mimo, że i tak wszyscy nawzajem znaliśmy się, tradycja nakazuje, aby odbył się wieczorek zapoznawczy. Jak wiadomo, z tradycją nie wolno walczyć. Turnus w zasadzie był imprezą zamknięta, a więc nikt nie patrzył na i tak nazbyt tolerancyjne zakazy odnoszące się do problemu nadużywania alkoholu w miejscach publicznych. Tak więc wieczorek zapoznawczy zapisał się w pamięci uczestników jako impreza niezwykle udana.
Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że następnego dnia było dziwnie mało chętnych do szlifowania swoich umiejętności narciarskich. Trzeba ci wiedzieć pilny czytelniku(czko) moich wspomnień, że aktualna zima nie miała najmniejszych podstaw, aby mienić się zimą. Śniegu nie było ani na lekarstwo, wobec tego (bogaty sponsor w osobie (prawnej) naszego przedsiębiorstwa spowodował, że mieliśmy do dyspozycji autokar) najbardziej zagorzali narciarze jeździli kilka kilometrów właśnie do Zieleńca, gdzie „śnieg jest zawsze”.
Jak zwykle człowiek obsługujący wyciąg włączył to urządzenie i zaczęliśmy z zapałem jeździć po stoku. Ponieważ jak wspomniałem wcześniej zima nie była łaskawa dla narciarzy i z powodu, że był to środek tygodnia, na stoku oprócz nas nie było nikogo. Mieliśmy wykupiony zbiorowy karnet na korzystanie z wyciągu. Po jakimś czasie, gdy słonko wzeszło trochę ponad horyzont i zaczęło trochę przygrzewać niektóre z naszych koleżanek doszły do wniosku, że pora zadbać o swoją urodę. Bardzo pomysłowo powiązały kijki z nartami tworząc całkiem wygodny leżak i ułożyły się na nim buziami do słońca. Przez przypadek zrobiły to na samej górze stoku. My chłopcy po krótkim czasie również poszliśmy w ich ślady. Oczywiście z kurtuazji. To, że przy okazji resztki alkoholu ulatniały się z naszych głów nie należy brać pod uwagę. Obsługujący wyciąg, gdy stwierdził, że wszyscy są na górze i jakoś nikt nie zjeżdża wyłączył wyciąg i nad stokiem zapadła błoga i niczym nie zmącona cisza.
W pewnym momencie ciszę tą przerwał jakiś WRZASK!
Okazało się, że jedna z koleżanek poczuła nieodpartą potrzebę bycia przez chwilę samą. Po cichu założyła narty i udała się na bezpieczną odległość powyżej nas. Tam zdjęła to co miała poniżej pasa i kucnęła przyjmując klasyczną pozycję do zjazdu „na jajo”. Przypadkowo nie stała w poprzek stoku, tylko w dół. Wystarczył jeden maleńki przypadkowy ruch i narty poniosły. Spodnie i figi miała poniżej kolan i nie mogła skutecznie zahamować, czy skręcić. Żeby to zrobić, musiałaby jednocześnie stać na wyprostowanych nogach, a nie chciała pokazywać wszystkim swojej płci. Skulona pozycja sprzyjała uzyskiwaniu coraz większej prędkości. Nie chciała również wykonać nagłego hamowania metodą „upadku” bo chyba nie chciała gołym ciałem stykać się ze śniegiem. Świeciła więc biedaczka piękną częścią swojego ciała i gnała w dół krzykiem budząc wszystkich obecnych. Tak zjechała na dół jakoś nie wywracając się po drodze.
Co było później śmiechu i zachwytu, to było. Dostała nagrodę za bezwypadkowy i wielce efektowny zjazd. Takich momentów się nie zapomina.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

O Zwierzętach

Bardzo lubię telewizyjne programy ogólnoedukacyjne, szczególnie „Powiązania”. Podoba mi się cała konstrukcja myślowa audycji (właśnie powiązania) zmierzająca poprzez liczne ciekawostki ze świata nauki i wynalazczości do finałowego tematu.
Zwierzęta, chyba jeden z najbezpieczniejszych tematów oprócz pogody, nie tylko w zamierzchłej przeszłości, gdy na przykład wspomnienie o bocianie, że ma czerwony dziób było powodem do śledztwa w sprawie działalności wywrotowej, antysocjalistycznej oczywiście (fakt autentyczny, dotknął dyrektora Wrocławskiego ZOO).
Co mają wspólnego zwierzęta i kanał Sueski? Nic? A może jednak? Otóż w czasach, gdy w Egipcie rządził król Egiptu - dostojny (oczywiście zapomniałem imienia), Anglia i Francja widząc wielkie przyszłe korzyści mocno zabiegały o koncesję na jego budowę. Po sowitym opłaceniu wszystkich ministrów (w wyższych sferach nie dawało się łapówki, tylko prezenty) król zaprosił obydwu konkurentów (ambasadorów) na wspólną ucztę, na której miała być ogłoszona ostateczna decyzja. Gdy pojawiło się główne danie, czyli baranina, król własnoręcznie wydłubał ze łba rzeczonego barana oko i jako największe uhonorowanie wręczył je do zjedzenia ambasadorowi Anglii. Ten jak przystało na dżentelmena z odrazą odmówił zjedzenia. Król tedy zaoferował to oko Francuzowi, który przyzwyczajony do jedzenia różnych frykasów z przyjemnością je zjadł. Historia nie mówi co było powodem, że koncesję na budowę kanału dostali Francuzi, ale kto wie czy to oko nie przeważyło szali.
Moja siostra, gdy przeczytałem jej tą sensację, podczas najbliższych świąt Bożego Narodzenia zażądała, aby na stole pojawił się karp (nie smażony) obowiązkowo z oczami i wobec nas wszystkich biesiadników te oczy zjadła. Zachwalała je jako bardzo smaczne („dzikie” araby wiedziały co smaczne), lecz mimo zachęty jakoś nikt z rodziny nie zdecydował się na degustację.
Wiele lat później, gdy byłem już żonaty i dzieciaty wszedłem do sklepu mięsnego celem zakupu między innymi karmy dla zwierząt (psa), która była sprzedawana pod postacią kiełbasy. Po wejściu do sklepu, a była całkiem spora kolejka do lady, krzyknąłem ponad głową kolejkowiczów, i oczywiście tak jak to potrafię na cały głos, „czy jest psia kiełbasa!!??”. Sprzedawczyni kiwnęła mi głową, że tak, więc spokojnie stanąłem w kolejce. Stojąca przede mną pani obróciła się do mnie z dziwnym wyrazem oburzenia na twarzy, więc odpowiedziałem jej również tak, żeby wszyscy w sklepie usłyszeli: „tak lubię ją, tylko oczy wyrzucam”. Paniusia wyszła za sklepu. Ucieszyło mnie to ze zrozumiałych względów, bo przecież zmniejszyła się kolejka.
A co to ma wspólnego z tematem dzisiejszych moich rozmyślań? Chyba nic poza tym, że bardzo fajnie mi się pisało.

czwartek, 25 grudnia 2008

W Samarkandzie

Wpadła mi w ręce książeczka, która od dziewiętnastu lat leżała sobie spokojnie w mojej biblioteczce. W niej rozdział „Dzieje rodziny Korzeniowskich” Coś mnie tknęło, żeby ją przeczytać. Okazała się perełką.
Opowiadanie Melchiora Wańkowicza opowiedziane na kanwie pamiętnika Hanki Korzeniowskiej. Polska rodzina, która znalazła się w wirze ucieczek wrześniowych 1939 roku, zatrzymała się wreszcie we Lwowie. W 1940 roku w lipcu wywieziona gdzieś za Ural. Tutaj zatrudniona przy wyrębie lasu. Gdy rozeszła się wieść o tworzeniu armii Polskiej (Andersa) zaczął się ich exodus do nieznanego im bliżej miejsca formowania. Tak znaleźli się w Samarkandzie.

„…W Samarkandzie zdarzył się taki fakt… — pojawiły się w Samarkandzie oddziały formującego się wojska polskiego. Z żywnością było źle, ale fantazji nie brakowało tym żołnierzom odradzającym się z nędzarzy. Pojawili się trębacze. Trębacze zrobili nieoczekiwane wrażenie. U dowódcy zjawiła się delegacja starców w pasiastych chałatach z kolorowymi krymkami na głowach, z tłumaczem rosyjskim.
Obyczajem wschodnim — nie można pytać o cel przybycia. Siedzą w koło, ciągną z filiżanek ofiarowaną herbatę. Pytają o żony, o dzieci, stare jak świat konwencjonalne pytania wschodu, cytowane z uśmiechem przez podróżników, tutaj jakże tragiczną mają wymowę! Bo ci wojacy nie wiedzą przeważnie, gdzie są ich żony i dzieci, wojacy je świeżo — utracili.
Wreszcie — wychodzi sprawa:
— Zagrajcie w piątek wieczorem przed naszym meczetem...
Uśmiechnął się pod wąsem dowódca, że to polscy żołnierze będą „kulturträgerami” na Wschodzie, że się tym poczciwcom muzyki na skwerze zachciewa. Co by im zagrać? No, już tam coś wybierze, raz coś zawodzącego wschodniego, a raz obertasa na odwyrtkę...
Ale goście mają jakieś życzenia co do programu muzycznego. No proszę,
..żeby jeden żołnierz grał na trąbce. Jeśli wojsko polskie chce, żeby grali wszyscy, owszem, oni nic przeciwko temu nie mają...
Ale oni tu przyszli prosić, żeby jeden grał na trąbce i żeby grał to, co kiedyś przerwał, kiedy oni byli w Lechistanie i ustrzelili na wieży świątyni trębacza w czasie grania...
War uderzył do głowy słuchającym oficerom. Każde dziecko wie, że od siedmiuset lat hejnał grany na wieży kościoła Mariackiego, hejnał grany co dzień o godzinie dwunastej na wszystkie cztery strony świata, urywa się nagle na najwyższej nucie. To na pamiątkę tego najścia Tatarów w wieku XIII, kiedy strzała tatarska przeszyła trębaczowi gardło w czasie hejnału. Ludność, według legendy, pod przewodnictwem cechu „włóczków", tzn. flisaków, ten napad odparła i od siedmiuset lat w rocznicę odbywa się po ulicach miasta barwny pochód „lajkonika", gdzie członek tej samej rodziny, która wówczas przewodziła włóczkom, przebrany za Tatarzyna z ogromną trefioną brodą, włożony w makietę wspaniale przybranego konia, którą opływa średniowieczny „kropież” — (barwna opończa do ziemi), tak, że nóg dźwigającego tę makietę nie widać i sprawia wrażenie, że harcuje na koniu — uwija się na czele barwnej świty po ulicach, tłukąc przechodniów ogromną buławą. Każde dziecko wie o tym, w Polsce. Siedemset lat... Nie wiadomo już, co legenda, a co rzeczywiste zdarzenie.
A tu oni?
„Oni" też mają swoją legendę, związaną z tym zdarzeniem, która powstała w czasie odwrotu i klęski. Z niezdarnych słów ich starszyzny, ze stękania tłumacza można wyrozumieć, że ich kapłani wytłumaczyli klęskę tym, że zastrzelono „polskiego muezina”, wzywającego do chwalenia Boga. Że czasze sprawiedliwości są ciężkie. Że nie przeważy się zadośćuczynienia, nie będą miały ludy nad Amu-Darią pokoju ani wolności, dopóki trębacz z Lechistanu nie odegra tego samego hejnału w Samarkandzie.
Poradlone twarze starszyzny prześwietlają się uśmiechem. Myśleliśmy, że przyjdziecie jako wrogowie... a ot, Allah, niech będzie pochwalone imię Jego, sprawił, że zdejmiecie klątwę tego czynu z nas jako przyjaciele.
W oznaczony dzień stanęli trębacze kolorowo i buńczucznie, z fanfarami, z „płomieniami” przy świecących trąbach przed turkusową kopułą Bibi-Khanum. Wypełzły z ubogich lepieńców, stał tłum milczący i nieruchomy. A kiedy hejnał wspiął się na najwyższą nutę i zamarł — tłum przebiegł dreszcz, jakoby dopełniło się siedemsetletnie przeznaczenie i pękł urok.”

Przytoczony urywek pochodzi z 4 zeszytu Reporterskiej Aukcji Zdarzeń „Białe plamy” Oficyna Literatów „Rój” Warszawa 1989

wtorek, 16 grudnia 2008

Sen

Wszyscy wiedzą, że jestem człowiekiem niezwykle łagodnym, wyrozumiałym, pełnym dobroci i taktu. Jestem przy tym człowiekiem raczej skromnym. Wyliczenie mych zalet spowodowane było wyłącznie temu, aby przybliżyć nieznajomemu czytelnikowi moją osobę oraz aby przypomnieć najbliższym niedowiarkom moją szlachetność.
Nie o moich zaletach chciałem jednak napisać. Sypiam dość dobrze, bez żadnych sensacji. Onegdaj jednak miałem sen, który przeniósł mnie w dawne dobre lata. W moich marzeniach sennych pojawiła się córka i przedstawiła jakiegoś chłopca jako kolegę. Ze studiów oczywiście. Przyjechali około 100 kilometrów na weekend celem swobodnego, nie zakłóconego niespokojnym rytmem życia w dużym mieście dokończenia przerwanych wątków w dyskusji nad marnością życia w obecnej rzeczywistości. Intelektualiści się znaleźli. Lecz nie ze mną takie numery. Pamiętam, że ja w ich wieku odznaczałem się większą inwencją … ale nie będziemy nad tym się rozwodzić.
Mocno zaniepokojony o możliwość zakusów na niewinność mojej latorośli tego, jak go będziemy zwali kolegi, podczas trzeciej takiej wizyty musiałem odpowiednio zareagować. Podczas obiadu wygłosiłem przemowę, której dosłownie przytoczyć nie mogę, bowiem tuż po przebudzeniu byłem tak zachwycony tą sytuacją, że zapomniałem zapisać sobie jej przebieg. Nie mniej wyglądała ona w ten sposób, że najpierw opisałem w niezbyt przychylnym tonie samą fizjonomię „kolegi” dziwiąc się, że córka moja, która ma tak wyrobiony gust i poczucie piękna mogła się w ogóle zgodzić na jego obecność w pobliżu swojej osoby. Następnie zapewniłem go, że pilnie go obserwuję i będę notował wszystkie zauważone minusy, które oczywiście odpowiednio będę komentował, rzecz jasna w imię dobrze pojętej troski o moją niewinną potomkę, potomkinię? Moje szczęście było tym pełniejsze, że moja Grażka tym razem nie przerwała mi ani razu (znaczy się we śnie).
Ale jak to w życiu bywa, był to tylko sen. Dobrze, że w ogóle był. A życie jak to życie bywa pokrętne jak mawiał poeta. Do owego "kolegi" zwracam się obecnie po imieniu nie zapominając dodać przedrostka "drogi zięciu".

piątek, 28 listopada 2008

Jubileuszowe rozmyślania

Jaka szkoda, że nie mieszkam na terenie Anglii. Może miałbym szanse poznać Hermionę Granger (wiadomość dla mugoli: - przyjaciółka Harrego Pottera). Z jej zamiłowaniem do numerologii bardzo by mi się przydała. A tak jestem zmuszony brnąć samotnie przez nieznane mi arkana tej wiedzy.
Jedną z najpotężniejszych liczb magicznych jest liczba siedem. Jest liczbą pierwszą. W starożytności znano tylko siedem planet. Ludzie mają po siedem palców u rąk … przepraszam zagalopowałem się. Mają ich po pięć. Liczba pięć jako najbliższa siódemce przejęła również część magicznej mocy od siódemki. Tak więc od ilości palców u przeciętnego człowieka powstał najbardziej rozpowszechniony dziesiętny system liczenia. Obecnie ulega on co prawda dominacji przez system dwójkowy (binarny), ale jego wyniki w dalszym ciągu są transponowane na nasz dziesiątkowy. Najpotężniejszą jednak liczbą jest liczba trzy.
Ludzkość od zawsze lubowała się w symbolice liczb. Przykładów można by przytoczyć miliony. Od słynnego „do siedmiu razy sztuka” (znowu coś mi się pokręciło), aż po „trzy po trzy, para piętnaście”. To przecież Romeo trzy razy podchodził pod balkon, aż uzyskał przychylność (powiedzmy). Kolumb Krzysztof nie tylko miał trzy okręty (straszne rzęchy – jakbyśmy to dziś powiedzieli), ale po trzykroć przeklął szpetnie zanim odkrył tą Amerykę. Poeta opisał to szczegółowo (Sztaudynger).
„Kolumb jak wiemy, odkrył Amerykę
Historia wspomina go czule.
Ja odkryłem więcej odkrywszy Ludwikę,
Bo naraz dwie półkule.
Dla mnie trójka jest symbolem szczęścia, bowiem gdy byłem jeszcze w stanie kawalerskim Grażka chciała uciec ode mnie, ale mocno ją przyTRZYmałem i nie dopuściłem do tego nierozważnego kroku. Jakbyś Ty wyglądała, gdyby nie mój heroiczny czyn? Pytanie czy w ogóle wyglądałabyś jest też całkiem uzasadnione. W związku z tym niejaki Adam (kłaniam się) powinien być mi dozgonnie wdzięczny. Liczba trzy była w historii również zwiastunem grozy: „Trzy razy księżyc obrócił się złoty…” A propos złotego, to zawiadamiam, że znów nie wygrałem w Totka tego głupiego miliona. W związku z tym nie przewidziałem na Twoje urodziny żadnego prezentu. Niech Ci wystarczy moje roztrzęsione pisanie.
Tak więc dostojna Jubilatko w dniu Twego trójkowego święta składam Ci moc szczerych i kochających życzeń. Jak szczere są niech zaświadczy fakt, że Twoja Matka czytając je zakrztusiła się ze wzruszenia (tak przypuszczam) i długo musiałem Ją doprowadzać do używalności.