Esej. Co to takiego jest? Czy ktoś kiedyś w szkole powiedział nam co to jest? Domyślam się, że coś pisanego. W naszej kulturze szkolnej termin nieznany. Nieśmiertelne tematy wypracowań to: „Charakterystyka Janka Muzykanta”, czy „Co miał na myśli Mickiewicz pisząc…”, ewentualnie ciągłe streszczania następnych rozdziałów z antologii jako własne myśli i opracowania. Najlepszy sposób aby znienawidzić ten przedmiot. Uczono nas o literaturze, a nie literatury. Nie umiemy samodzielnie poznać jej piękna. Dodam jeszcze, że to co my mieliśmy, to jeszcze betka. Obecnie małolaty takiego „Pana Tadeusza” przerabiają przez kilka lat. W każdym roku po kilka ksiąg. Dodatkowo muszą wiedzieć jaki jest rozbiór strof wiersza na sylaby, akcenty i takie tam. Żyć i nie umierać – chciałoby się powiedzieć.
Zatwardziały technokrata musiał wreszcie kiedyś zmięknąć. Zaczęło się nieoczekiwanie od najsłabszej strony. Od serca. Taka jedna wpadła w oko i nie było szans na wyjęcie (z oka oczywiście). Czego to nie wymyślałem, żeby wreszcie się umówiła. Książki można by napisać. Zastosowałem metodę zaskoczenia. Zadzwoniłem i powiedziałem, że mam jej coś ważnego do powiedzenia. NIE NA TELEFON! Przyszła do kawiarni i na pytanie co to tak ważnego mam jej powiedzieć odparłem, że właśnie mam imieniny. W odpowiedzi kazała pokazać sobie dowód osobisty. Dokładnie go przejrzała, potem oddała i taki był początek końca mojego kawalerstwa.
Tylko, co to ma do rzeczy? Ano to, że postanowiłem być oryginalny i kupić jej coś na prezent ślubny (oczywiście oprócz pierścionka z diamencikami). Grażka miała ciągoty do zbierania różnych niepotrzebnych rzeczy. Miała takie, nawet ładne pudełko, w którym trzymała różne ciekawe monety, które skądś miała. Lubiła je przeglądać i układać. Natchnęło mnie żeby kupić jej właśnie monetkę. Miałem 100 dolarów. Prawda, nikt już nie wie co to znaczyła taka suma w połowie lat 70-tych. Przelicznik wynosił 1do 100, ale nie to było ważne. W Peweksach (znowu czy ktoś pamięta co to było?) można było za to kupić cuda. Kupiłem jej dwie pamiątkowe monety srebrne 50zł i 100zł. W ładnych plastikowych etui. Zrobiłem tym furorę. A Grażka? Na drugi dzień poleciała i zapisała się do PTAiN (Polskie Towarzystwo Archeologiczne i Numizmatyczne). Zaczęła zbierać monety „na poważnie”. Pocieszałem się przez dłuższy czas, że przecież jest to lokata kapitału, że na pewno będzie można to sprzedać. Nic z tych rzeczy. To wszystko jest nie do sprzedania. Myślałem później, że spieniężymy trochę tego przy okazji budowy domku – też nie wypaliło. Dom zbudowałem, długi popłaciłem, a te kilka kilo srebra leży i śmieje się ze mnie.
Pomału zacząłem wciągać się w to zbieractwo. Specjalizowaliśmy się w monetach polskich i francuskich. Zainteresowało mnie co to było wtedy warte. Zacząłem wertować różne źródła. Stąd tylko mały kroczek do historii (kiedyś nie lubiłem historii, długo by o tym pisać). Dodatkowo Grażka zaczęła studiować ekonomię. Kiedyś przypadkowo wpadła mi w ręce jej „Historia gospodarcza”. Jak dla mnie okazało się to bestsellerem. Nagle wszystko zaczęło w bardzo przejrzysty sposób układać się w jedną całość. Skąd wojny i o co. Dlaczego to państwo upadło, a to nie…i tak dalej. Historia stała się dla mnie ciekawą. Odrobiłem z dużą nawiązką tą historię z liceum.
Moim młodym przyjaciołom, którzy też mocno boczyli się na literaturę wmawiałem, że nie o to chodzi, by wszystko polubić. Inteligentny człowiek – a nie ma innej drogi by być inteligentnym niż oczytanie – powinien przede wszystkim znać podstawowe dzieła danych epok i prądów w twórczości i wyrobić sobie własną o nich opinię. Wyobraź sobie, że skutkowało. Dla mnie najważniejsza stała się prawda, że można być technokratą i jednocześnie interesować się kulturą, literaturą, muzyką.
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
piątek, 1 sierpnia 2008
Brak tematu
I o czym tu napisać? W epoce radiowej stałą pozycją repertuaru w mojej rodzinie było słuchanie felietonów doktora Jana Żabińskiego. Co tydzień o tej samej porze wygłaszał swe półgodzinne felietony. Był jeszcze sprzed wojny dyrektorem warszawskiego ZOO. Jakże barwnie potrafił opowiadać o zwierzętach, szczegółach z ich życia i budowy. Żeby dopełnić jego charakterystykę podam, że razem ze swoją żoną byli jednymi z pierwszych udekorowanych po wojnie orderem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Było za co. Zresztą za działalność w AK i walkę w Powstaniu został wyrzucony z dyrektorowania w ZOO. Ale to już drobiazg.
Już jako dziecko miałem ciągoty do techniki. Moim stałym prezentem na wszystkie urodziny, imieniny, choinki był mechaniczny traktor. Taki nakręcany na kluczyk. Bawiłem się nim przez kilka dni, a potem następowało nieodmiennie rozkręcanie na kawałki i badanie jak to działa. To było szczęście! Najlepszą zabawą był stary poniemiecki rower. Był mój. Można było go bez ryzyka, że będzie awantura rozkręcać, montować na nowo, zmieniać, dodawać, słowem raj. Zawsze chciałem być inżynierem. Tylko w okresie felietonów Żabińskiego zastanawiałem się, czy przypadkiem nie być zoologiem. Wymyśliłem sobie ichtiologię w Olsztynie, bo wiązało się to w perspektywie z podróżami po morzach świata. Łączyło jednocześnie z państwem Centkiewiczów poprzez ich książki o polarnych krańcach Ziemi oraz z Karolem Borchardtem - autorem książki „Znaczy kapitan”, jedną z nielicznych książek, które czytałem kilka razy. Człowiekiem, który potrafił zarazić radością z życia i wykonywanej pracy oraz w niezłomnym dążeniu do zdobycia ukochanego zawodu. Na szczęście trwało to krótko (mam na myśli oczywiście ichtiologię).
Tu wtrącę małą dygresję. Swojego czasu będąc jeszcze w liceum, kolega opowiadał o kimś ze swoich znajomych, czy rodziny, jak ten zdawał egzamin maturalny z angielskiego. Wyczuł, że komisja nie zna ani słowa po angielsku, a sam w tym temacie nie był orłem. Omawiając (po angielsku) życiorys Waszyngtona mówił: „Waszyngton, krzesło, ławka, stół, Waszyngton” i tak dalej. Komisja była oburzona na wykładowcę, który ocenił tą piękną wypowiedź na zaledwie trójkę. Otóż ta scena opisana była w tygodniku „Morze” w którym Borchardt zamieszczał urywki swej przyszłej książki, właśnie ”Znaczy kapitan”. Nie zdradziłem się wtedy, że znam tą sprawę, ale tym bardziej pamiętam. W tygodniku „Morze”, „Skrzydlata Polska” i innych rozczytywałem się w EMPIKU.
W moim pojęciu przyszły inżynier nie powinien zbytnio angażować się sprawami związanymi z „humanistyką”. Co prawda to pojęcie nie przeszkadzało mi być dobrze oczytanym. Połykałem książki w tempie około 50 stron na godzinę już w szkole podstawowej, ale było to „dozwolone”, bo mogło się to przydać podczas studiów technicznych. Do tego doszedł jeszcze jeden element. Otóż dziewczyna, w której byłem (a jednak) zakochany robiła dziwne oczy na widok naszego historyka. Jasne jest że nie mogłem uczyć się historii. Byłoby to poniżej mojej godności. Nie wymienię, która to była wybranką mojego serca, bo nie ma to żadnego wpływu na kulistość ziemi. W ogóle o tym fakcie wiedziałem tylko ja (och ta romantyczna dusza Polaków).
Moja Babcia z kolei w stosunku do mojej osoby miała tylko dwa życzenia: żebym ją kiedyś wyspowiadał (wtedy jako dziecko jeszcze chodziłem do kościoła) i żebym nad jej grobem zagrał na skrzypcach. Raz na urodziny dostałem od niej kartkę z życzeniami: „Czem będziesz? Inżynierem, lotnikiem, a może księdzem? Zgadnij, o co się Babunia dla Ciebie modli”. (Cytat dosłowny. Słowo „Czem” wynikało z przedwojennej składni). Moja Mama nie miała zamiaru skierowywać mnie na tory seminarium duchownego, ale namówiła mnie, żebym dla świętego spokoju, jak powiedziała, zapisał się do szkoły muzycznej. Tą pigułę jakoś musiałem przełknąć i na muzykę chodziłem. Została mi, czego nie mogę się do dziś nacieszyć, wrażliwość na muzykę i niezwykła czułość ucha. Potrafiłem wyczuć u mojej córki Agaty (którą też "namówiłem" na muzykę), każdy fałsz i niedoskonałość tempa.
Czuję się jak właśnie ten mój ulubiony Pan Żabiński ze swym cotygodniowym felietonem. Robię to z przyjemnością, bowiem mimo wszystko powrót w tamte czasy jest dla mnie miłym zajęciem. Jeden z jego felietonów miał podobny tytuł jak mój.
Już jako dziecko miałem ciągoty do techniki. Moim stałym prezentem na wszystkie urodziny, imieniny, choinki był mechaniczny traktor. Taki nakręcany na kluczyk. Bawiłem się nim przez kilka dni, a potem następowało nieodmiennie rozkręcanie na kawałki i badanie jak to działa. To było szczęście! Najlepszą zabawą był stary poniemiecki rower. Był mój. Można było go bez ryzyka, że będzie awantura rozkręcać, montować na nowo, zmieniać, dodawać, słowem raj. Zawsze chciałem być inżynierem. Tylko w okresie felietonów Żabińskiego zastanawiałem się, czy przypadkiem nie być zoologiem. Wymyśliłem sobie ichtiologię w Olsztynie, bo wiązało się to w perspektywie z podróżami po morzach świata. Łączyło jednocześnie z państwem Centkiewiczów poprzez ich książki o polarnych krańcach Ziemi oraz z Karolem Borchardtem - autorem książki „Znaczy kapitan”, jedną z nielicznych książek, które czytałem kilka razy. Człowiekiem, który potrafił zarazić radością z życia i wykonywanej pracy oraz w niezłomnym dążeniu do zdobycia ukochanego zawodu. Na szczęście trwało to krótko (mam na myśli oczywiście ichtiologię).
Tu wtrącę małą dygresję. Swojego czasu będąc jeszcze w liceum, kolega opowiadał o kimś ze swoich znajomych, czy rodziny, jak ten zdawał egzamin maturalny z angielskiego. Wyczuł, że komisja nie zna ani słowa po angielsku, a sam w tym temacie nie był orłem. Omawiając (po angielsku) życiorys Waszyngtona mówił: „Waszyngton, krzesło, ławka, stół, Waszyngton” i tak dalej. Komisja była oburzona na wykładowcę, który ocenił tą piękną wypowiedź na zaledwie trójkę. Otóż ta scena opisana była w tygodniku „Morze” w którym Borchardt zamieszczał urywki swej przyszłej książki, właśnie ”Znaczy kapitan”. Nie zdradziłem się wtedy, że znam tą sprawę, ale tym bardziej pamiętam. W tygodniku „Morze”, „Skrzydlata Polska” i innych rozczytywałem się w EMPIKU.
W moim pojęciu przyszły inżynier nie powinien zbytnio angażować się sprawami związanymi z „humanistyką”. Co prawda to pojęcie nie przeszkadzało mi być dobrze oczytanym. Połykałem książki w tempie około 50 stron na godzinę już w szkole podstawowej, ale było to „dozwolone”, bo mogło się to przydać podczas studiów technicznych. Do tego doszedł jeszcze jeden element. Otóż dziewczyna, w której byłem (a jednak) zakochany robiła dziwne oczy na widok naszego historyka. Jasne jest że nie mogłem uczyć się historii. Byłoby to poniżej mojej godności. Nie wymienię, która to była wybranką mojego serca, bo nie ma to żadnego wpływu na kulistość ziemi. W ogóle o tym fakcie wiedziałem tylko ja (och ta romantyczna dusza Polaków).
Moja Babcia z kolei w stosunku do mojej osoby miała tylko dwa życzenia: żebym ją kiedyś wyspowiadał (wtedy jako dziecko jeszcze chodziłem do kościoła) i żebym nad jej grobem zagrał na skrzypcach. Raz na urodziny dostałem od niej kartkę z życzeniami: „Czem będziesz? Inżynierem, lotnikiem, a może księdzem? Zgadnij, o co się Babunia dla Ciebie modli”. (Cytat dosłowny. Słowo „Czem” wynikało z przedwojennej składni). Moja Mama nie miała zamiaru skierowywać mnie na tory seminarium duchownego, ale namówiła mnie, żebym dla świętego spokoju, jak powiedziała, zapisał się do szkoły muzycznej. Tą pigułę jakoś musiałem przełknąć i na muzykę chodziłem. Została mi, czego nie mogę się do dziś nacieszyć, wrażliwość na muzykę i niezwykła czułość ucha. Potrafiłem wyczuć u mojej córki Agaty (którą też "namówiłem" na muzykę), każdy fałsz i niedoskonałość tempa.
Czuję się jak właśnie ten mój ulubiony Pan Żabiński ze swym cotygodniowym felietonem. Robię to z przyjemnością, bowiem mimo wszystko powrót w tamte czasy jest dla mnie miłym zajęciem. Jeden z jego felietonów miał podobny tytuł jak mój.
niedziela, 20 lipca 2008
Ale się porobiło
Z okazji 14 lipca, to jest rocznicy zburzenia Bastylii Oddział Wałbrzyski Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Francuskiej zorganizował małą uroczystość połączoną z tańcami i wyszynkiem. Pani prezes oddziału skorzystała z okazji, że akurat przyjechała jej rodzina z Francji i zaprosiła ich oraz Grażynkę ze mną na tą fetę. Oczywiście za pełną odpłatnością. Mieliśmy również zarezerwowany nocleg.
Impreza była nad wyraz udana. Nie udane natomiast było przebudzenie. Okazało się, że naszym gościom w nocy ktoś włamał się do samochodu. Nie zadziałała metoda zgwałcenia zamka, więc zbili szybę i tak dostali się do środka. Straty materialne były stosunkowo małe. Ot dwa zamki, szyba i trochę osobistych rzeczy. Jak jednak z rozbitą szybą wracać do Francji?
Jak zdobyć szybę w niedzielę? Mój szwagier to stary kierowca. Umówiliśmy się z nim w pracy jego wnuka – dealera używanych samochodów. Szyby nie było. Jednak podczas rozmowy o pogodzie, ostatnich wydarzeniach politycznych mimochodem prowadzonych wśród towaru wystawionego na sprzedaż zwrócił moją uwagę na całkiem ładny samochodzik. Trzyletni Ford Fokus z całym szeregiem wyposażenia. Padła cena i kupiłem.
Do domu wróciliśmy nowym nabytkiem. Nastroju nie zepsuł nam (a na pewno mi osobiście) fakt, że nowy dach znowu diabli wzięli (właśnie była planowana na ten rok inwestycja). Jutro jadę do Wałbrzycha dokonać wszystkich formalności związanych z zakupem. No i cacy jak mawiał pewien bardzo nobliwy pan.
piątek, 18 lipca 2008
W Krakowie
Jak mawiał poeta: „Gołębiami zawalony Kraków, gówno ma z tych ptaków” (oczywiście Sztaudynger). Zajechaliśmy bezboleśnie. Na obiad mój nos skierował mnie do Kazimierza (dzielnica Krakowa). Trafiłem bezbłędnie. Piękny domowy obiadek z winkiem i kawą.
Krótki odpoczynek i wieczorem do Collegium Maius, bo tam właśnie była organizowana feta przez konsulat Francji ku czci rocznicy obalenia Bastylii. Jak się później okazało mogłem wejść, bo na zaproszenie tradycyjnie wchodzą dwie osoby. Za to poszedłem na Rynek. Przyjechaliśmy około 10 minut przed wyznaczonym czasem, a tu brama zamknięta. Delikatnie WALĘ w bramę. Uchyla się i uśmiechnięta organizatorka uprzejmie tłumaczy, że impreza przecież na osiemnastą, więc mam czas. Cholera mnie wzięła. Poinformowałem uśmiechniętą, że przyzwoitość nakazuje, żeby na takie imprezy przychodzić około dziesięć minut wcześniej. Na ulicy właśnie zebrała się pokaźna grupka zaproszonych, a wśród czekających są osoby starsze, jest również osoba o kulach, że nie wspomnę o narażonych na padający właśnie deszczyk garniturach i toaletach pań. Uświadomiłem uśmiechniętą, że postępuje wielce nieelegancko i zażądałem wpuszczenia. Podziałało. Co to znaczy osobisty urok i wdzięk oraz umiejętność perswazji (wcale się nie chwalę wszyscy moi znajomi i tak wiedzą, że jestem człowiekiem niezwykle skromnym). Teściowa wróciła uśmiechnięta, zadowolona i pod przemożnym działaniem alkoholu (dobre francuskie wina oraz szampan). Nawiązała szereg nowych znajomości i zapowiedziała, że za rok jedziemy do Warszawy.
Na rynku kupiłem w Sukiennicach smoka dla Grażki (obowiązek). Moją uwagę zwrócił facet, który właśnie usiadł sobie w podcieniu i przygotowywał instrument. Facet ubrany w strój, jaki widać na ilustracjach „Ogniem i mieczem”. Zrobiłem mu zdjęcie, a ten wystawił kartkę, na której stało, że zdjęcie kosztuje dwa złote. Podszedłem uiścić żądane dwa złote i zauważyłem na jego ramieniu plakietkę pisaną cyrylicą, z której wynikało, że jest z Ukrainy. Zagadałem go po rosyjsku (opanowałem ten język w stopniu biegłym. Jednak dało się, musiałem tylko chcieć). Okazało się że jest kozakiem z Krymu.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy do Andrychowa, do siostry Teściowej. Ponieważ autostrada na trasie Katowice-Kraków jest płatna i nie ma możliwości dołączyć do niej w środku, musiałem jechać do Katowic drogami krajowymi. Makabra. Jeden wielki korek przez kilkadziesiąt kilometrów.
niedziela, 6 lipca 2008
I o czym tu napisać?

I o czym tu napisać? W epoce radiowej stałą audycją w mojej rodzinie było słuchanie felietonów doktora Jana Żabińskiego. Co tydzień o tej samej porze wygłaszał swe półgodzinne felietony. Był jeszcze sprzed wojny dyrektorem warszawskiego Zoo. Jakże barwnie potrafił opowiadać o zwierzętach, szczegółach z ich życia i budowy. Żeby w pełni opisać tą postać podaję, że razem ze swoją żoną zostali udekorowani orderem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Było za co. Zresztą za działalność w AK i walkę w Powstaniu Warszawskim został wyrzucony z dyrektorowania w Zoo. Ale to już drobiazg.
Już jako dziecko miałem ciągoty do techniki. Moim stałym prezentem na wszystkie urodziny, imieniny, choinki był mechaniczny traktor. Taki nakręcany na kluczyk. Bawiłem się nim przez kilka dni, a następnie następowało nieodmiennie: rozkręcanie na kawałki i badanie jak to działa. To było szczęście! Najlepszą zabawą był stary poniemiecki rower. Był mój. Można było go bez ryzyka, że będzie awantura rozkręcać, montować na nowo, zmieniać, dodawać, słowem raj. Zawsze chciałem być inżynierem. Tylko w okresie felietonów pana Żabińskiego zastanawiałem się, czy przypadkiem nie być zoologiem. Wymyśliłem sobie ichtiologię w Olsztynie, bo wiązało się to w perspektywie z podróżami po morzach świata. Łączyło jednocześnie z państwem Centkiewiczami poprzez ich książki o polarnych krańcach Ziemi oraz z Karolem Borchardtem - autorem książki „Znaczy kapitan”, jedną z nielicznych książek, które czytałem kilka razy. Człowiekiem, który potrafił zarazić człowieka radością z życia i wykonywanej pracy. Na szczęście trwało to krótko (mam na myśli oczywiście ichtiologię).
W moim pojęciu przyszły inżynier nie powinien zbytnio angażować się w sprawy związane z „humanistyką”. Co prawda to pojęcie nie przeszkadzało mi być dobrze oczytanym. Połykałem książki w tempie około 50 stron na godzinę już w szkole podstawowej, ale było to „dozwolone”, bo mogło się to przydać podczas studiów technicznych. Do tego doszedł jeszcze jeden element. Otóż dziewczyna, w której byłem (a jednak) beznadziejnie zakochany robiła dziwne oczy na widok naszego historyka. Jasne jest że nie mogłem uczyć się historii. Byłoby to poniżej mojej godności. Nie wymienię, imienia wybranki mojego serca, bo nie ma to żadnego wpływu na kulistość ziemi. W ogóle o tym fakcie wiedziałem tylko ja (och ta romantyczna dusza Polaków).
Moja Babcia z kolei, w stosunku do mojej osoby, miała tylko dwa życzenia: żebym ją kiedyś wyspowiadał (wtedy jako dziecko jeszcze chodziłem do kościoła) i żebym nad jej grobem zagrał na skrzypcach. Raz na urodziny dostałem od niej kartkę z życzeniami: „Czem będziesz? Inżynierem, lotnikiem, a może księdzem? Zgadnij, o co się Babunia dla Ciebie modli”. (Cytat dosłowny. Słowo „Czem” wynikało z przedwojennej składni). Moja Mama nie miała zamiaru skierowywać mnie na tory seminarium duchownego, ale namówiła mnie, żebym dla świętego spokoju, jak powiedziała, zapisał się do szkoły muzycznej. Tą pigułę jakoś musiałem przełknąć i do szkoły muzycznej chodziłem. Została mi, czego nie mogę się do dziś nacieszyć, wrażliwość na muzykę i niezwykła czułość ucha. Potrafiłem wyczuć u mojej córki Agaty każdy fałsz i niedoskonałość tempa. (też chodziła do szkoły muzycznej).
Czuję się jak właśnie ten mój ulubiony Pan Żabiński ze swym cotygodniowym felietonem. Robię to z przyjemnością, bowiem mimo wszystko powrót w tamte czasy jest dla mnie miłym zajęciem. Jeden z jego felietonów miał podobny tytuł jak mój. Myślę, że zajął Was przez chwilę.
PS. Zdjęcie przedstawia Antoninę i Jana Żabińskich. Znalazłem je na jakimś forum i nie moglem go później znaleźć (forum oczywiście), aby prawidłowo określić źródło. Bardzo proszę nie ciągać mnie z tego powodu po sądach. Robię to bowiem z czystej życzliwości do tych (niestety zapomnianych już) ludzi.
poniedziałek, 30 czerwca 2008
Końskie nazwisko
W komedii Gogola „Końskie nazwisko”, jakiś tam (zapomniałem nazwiska) horodniczy cierpiał na ból zęba. Wszyscy domownicy chodzili na paluszkach i próbowali mu ulżyć w cierpieniu. Biedak przed sobą miał tylko jedną perspektywę: wizytę u dentysty. Była to wizja okropna. Zresztą wcale mu się nie dziwię. Pewnego razu, gdy ja byłem z wizytą u swojej dentystki wyraziłem się, że boję się dentystów bardziej niż ginekologów. Do dzisiaj nie rozumiem, co ją w tym stwierdzeniu ubawiło. Przecież, ale dajmy temu spokój i wróćmy do meritum. Otóż w pewnym momencie jednemu z domowników rzeczonego horodniczego przypomniało się, że niedaleko mieszka pewien znachor, który bardzo dobrze zamawia ból zębów. Zapomniał tylko jego nazwiska. Pamiętał tylko, że miał „końskie nazwisko”. Wszyscy próbują naprowadzić jegomościa na trop nazwiska wymieniając różne wyrazy związane z koniem. Na próżno. Zbolały horodniczy ostatecznie poszedł do dentysty, który ząb wyrwał. Wracającego wita w drzwiach uradowany domownik z wieścią, że przypomniał sobie to nazwisko - Owsiannikow.
No to wykazałem się znajomością literatury. Cała moja kariera zawodowa związana była z kopalniami miedzi. Przez kilka lat byłem sztygarem w oddziale szybowym. Miałem na podszybiu sygnalistę który wcale nie miał końskiego nazwiska, ale nie wiadomo dlaczego nosił przezwisko „kobyła”. Trzeba wiedzieć, że sygnalista to na kopalni wielka szycha. Pamiętam, że jak byłem na szkolnej wycieczce w Wieliczce, to na dół szliśmy schodami, ale na powierzchnię wyjeżdżaliśmy szybem. Wbiły mi się w pamięć te tajemnicze dzwonki. Nadawał je właśnie sygnalista. On otwiera wrota szybowe, daje pozwolenie do wsiadania, zamyka drzwi klatki (górnicy nie mówią winda tylko właśnie klatka). Dzwonki służą do wydawania komend maszyniście maszyny wyciągowej. Jeden dzwonek-stój, dwa-ciągnij (w tym wypadku do góry), trzy-opuszczaj oraz wiele innych.
Wracając do mojego sygnalisty, gdy załoga zjeżdżała na dół tuż przed daniem sygnału „stój” wszyscy w klatce krzyczeli jak na konia „prr”. Podczas wyjazdu z kolei na powierzchnię, krzyczeli „wio” i wiele innych różnych docinków. Chłopak dostał obsesji. Pewnego razu pod koniec szychty, gdy załadował ludzi do klatki i nadał sygnał „ciągnij do góry” ludzie jak zwykle zaczęli mu dokuczać wołając „wio”. Sygnalista zatrzymał klatkę, opuścił ją nieco niżej poziomu podszybia, chwycił za wąż i zaczął ich polewać wodą (a to była zima). Dokładnie ich zmoczył nie zważając na wrzaski oraz przyszłe regulaminowe kłopoty i dopiero wtedy odesłał klatkę do góry.
Kiedyś przyszedł do nas pracować nowy nadsztygar nazwiskiem Sieczka. (taki człowiek ma prawo zjeżdżać i wyjeżdżać o dowolnej porze). Dzwoni więc do naszego sygnalisty, żeby uzgodnić z nim porę wyjazdu (tak było w zwyczaju) i przedstawia się: „tu Sieczka”. W odpowiedzi usłyszał stek przekleństw. Musiałem później obu tłumaczyć nieporozumienie i załagodzić całe zajście.
Innym razem ten mój sygnalista pracował w kufajce (była to zima) niewiarygodnie poszarpanej i brudnej od smarów i temuż podobnych rzeczy. Pewnego razu pod szyb przyszedł zapowiedziany wcześniej dyrektor kopalni z osobą towarzyszącą. Klatka już zjeżdżała po nich. Na te kilka chwil sygnalista zaprosił ich do swojego pomieszczenia, które było odsłonięte od przeciągu oraz miało nagrzewnicę i było ciepło. Osoba towarzysząca chcąc coś miłego powiedzieć powiedziała: „ale tu u pana fajnie” na to on z dumą „trzeba się było na to UCZYĆ”
niedziela, 22 czerwca 2008
Sanatorium w Ustce
Jak już wcześniej wspominałem, przydarzyła mi się okazja pobyć dwa tygodnie w sanatorium w Ustce. Postaram się obecnie uporządkować i utrwalić moje wrażenia z tego wyjazdu.
Dzień 1. Szybko udałem się zobaczyć morze, czy aby jest na swoim miejscu – było. Były również, jak to zwykle bywa, przydziały pokoi oraz kolejka na zabiegi. Nic specjalnego. Dostałem masaże na jakimś automatycznym łóżku i naświetlenia lampką. Mecyje. To po to jechałem na drugi koniec Polski. Podczas obiadu zauważyłem, że przy „naszym” stole jest wyszczerbiona solniczka. Szybko zamieniłem ją z sąsiadami.
Dzień 2. Atrakcją dzisiejszego dnia będzie wieczorek zapoznawczy. Przy śniadaniu okazało, że sąsiedzi gwizdnęli nam naszą solniczkę. To ten łysiejący facet. Łobuz. Już ja nauczę go porządku. Jednak ukłoniłem mu się. Pokażę jak zachować się z klasą. Niech się uczy. Ta Ruda przy stoliku obok wygląda całkiem ponętnie. Obiecuję sobie, że zatańczę z nią przynajmniej kilka razy.
Dzień 3. Czarny dzień. Ten Łysy miał bliżej ode mnie do Rudej i cały wieczór tańczył z nią. Byłem taki wściekły, że nie osłodził mi życia fakt, że przeniosłem solniczkę na nasz stolik. Postanowiłem, że zdobędę Rudą. Wezmę ją na intelekt. Przecież ten Łysy wyraźnie widać, że nie grzeszy ogładą.
Dzień 4. Chyba specjalnie mi na złość Łysy z Rudą rozłożyli się na plaży obok mnie. Podsłuchałem ich szczebiot i wyszło na jaw, że jest byłym koszykarzem. Ruda patrzyła na niego jak na obrazek. Ohyda. Przy obiedzie kelnerka mnie pierwszemu podała posiłek i tak ładnie się uśmiechnęła. No, no? Nawet nie zareagowałem, że Łysy bezczelnie gwizdnął nam solniczkę.
Dzień 5. Uf! Jakie szczęście, że nie wyjawiłem wczoraj swoich uczuć kelnerce. Wieczorem przyszedł po nią jej facet. Lepiej było nie zaczynać. Za to dzisiaj mieliśmy zwiedzanie Ustki. Przebudowany na lokomotywę traktor ciągnął coś w rodzaju disnejowskiego wagonika. W środku my. Siedziałem obok pięknej Blondynki. Błysnąłem nawet kilka razy intelektem, a ona przyjęła to przychylnie. Do tego udało mi się umieścić solniczkę na SWOIM miejscu. Przyjemnie było widzieć wściekłość na twarzy Łysego.
Dzień 6. Hura! Byłem w jadalni przed Łysym. Solniczka jest więc na swoim miejscu. Życie jest piękne. Pogoda natomiast nieciekawa. Padało. Blondyna nie pokazała się. Idę na rybkę do portu.
Dzień 7. Ta rybka musiała być nieświeża. Bez komentarza. Dzisiaj wieczorem był wieczorek taneczny. Beze mnie.
Dzień 8. Pokazałem się na posiłkach, ale jako ozdrowieniec „jadłem” tylko herbatkę. Jak na złość były moje ulubione potrawy. Nawet nie zarejestrowałem, gdzie jest solniczka.
Dzień 9. Znalazła się solniczka. Jest na stoliku przy oknie. Ten Chudy jest naiwnie bezczelny. Myśli, że wszystko mu wolno. Ale przeliczy się. W międzyczasie Blondynka chodzi sobie po promenadzie z jakimś Wysokim facetem nie z naszego sanatorium. Jak ona może?
Dzień 10. No! Łysy zagadał Chudego, a ja zdjąłem solniczkę. To się nazywa współpraca. Uzgodniliśmy, że na przemian będzie u mnie i u niego. Wara jakimś innym od naszej solniczki!
Dzień 11. Rejs statkiem po morzu. Miło było patrzeć, jak Łysy choruje za burtę. Sztama z solniczką to jedno, a blizna na sercu z powodu Rudej to drugie. Ruda jak widać też jest mocno zdegustowana tą sytuacja.
Dzień 12. Bezczelny Grubas. Zwyczajnie, we wredny sposób, jawnie na naszych oczach zwinął solniczkę z mojego stołu. Próbowałem zagadać taką jedną nieznajomą na promenadzie. Właściwie udało mi się, ale deszcz zepsuł całą sprawę. Nie miałem parasolki i paniusia skorzystała z „uprzejmości” faceta z jej sanatorium. Świat jest jednak niesprawiedliwy.
Dzień 13. Wieczorek pożegnalny. Przeszedł właściwie bezpłciowo. Nikt nikogo. Jeszcze po południu byłem w sklepie z pamiątkami. Za ostatnie grosze kupiłem żonie pamiątkę. Latarnia morska z muszelek. Piękna. Niech wie, że ciągle myślałem o niej. Kuchnia też się popisała. Wystawiła na stoły nowy komplet SOLNICZEK. Tak więc w narodzie zapanowała zgoda.
Dzień 14. Wyjazd do domu. Jak miło będzie wrócić do znanych i smacznych obiadków domowych.
Dzień 1. Szybko udałem się zobaczyć morze, czy aby jest na swoim miejscu – było. Były również, jak to zwykle bywa, przydziały pokoi oraz kolejka na zabiegi. Nic specjalnego. Dostałem masaże na jakimś automatycznym łóżku i naświetlenia lampką. Mecyje. To po to jechałem na drugi koniec Polski. Podczas obiadu zauważyłem, że przy „naszym” stole jest wyszczerbiona solniczka. Szybko zamieniłem ją z sąsiadami.
Dzień 2. Atrakcją dzisiejszego dnia będzie wieczorek zapoznawczy. Przy śniadaniu okazało, że sąsiedzi gwizdnęli nam naszą solniczkę. To ten łysiejący facet. Łobuz. Już ja nauczę go porządku. Jednak ukłoniłem mu się. Pokażę jak zachować się z klasą. Niech się uczy. Ta Ruda przy stoliku obok wygląda całkiem ponętnie. Obiecuję sobie, że zatańczę z nią przynajmniej kilka razy.
Dzień 3. Czarny dzień. Ten Łysy miał bliżej ode mnie do Rudej i cały wieczór tańczył z nią. Byłem taki wściekły, że nie osłodził mi życia fakt, że przeniosłem solniczkę na nasz stolik. Postanowiłem, że zdobędę Rudą. Wezmę ją na intelekt. Przecież ten Łysy wyraźnie widać, że nie grzeszy ogładą.
Dzień 4. Chyba specjalnie mi na złość Łysy z Rudą rozłożyli się na plaży obok mnie. Podsłuchałem ich szczebiot i wyszło na jaw, że jest byłym koszykarzem. Ruda patrzyła na niego jak na obrazek. Ohyda. Przy obiedzie kelnerka mnie pierwszemu podała posiłek i tak ładnie się uśmiechnęła. No, no? Nawet nie zareagowałem, że Łysy bezczelnie gwizdnął nam solniczkę.
Dzień 5. Uf! Jakie szczęście, że nie wyjawiłem wczoraj swoich uczuć kelnerce. Wieczorem przyszedł po nią jej facet. Lepiej było nie zaczynać. Za to dzisiaj mieliśmy zwiedzanie Ustki. Przebudowany na lokomotywę traktor ciągnął coś w rodzaju disnejowskiego wagonika. W środku my. Siedziałem obok pięknej Blondynki. Błysnąłem nawet kilka razy intelektem, a ona przyjęła to przychylnie. Do tego udało mi się umieścić solniczkę na SWOIM miejscu. Przyjemnie było widzieć wściekłość na twarzy Łysego.
Dzień 6. Hura! Byłem w jadalni przed Łysym. Solniczka jest więc na swoim miejscu. Życie jest piękne. Pogoda natomiast nieciekawa. Padało. Blondyna nie pokazała się. Idę na rybkę do portu.
Dzień 7. Ta rybka musiała być nieświeża. Bez komentarza. Dzisiaj wieczorem był wieczorek taneczny. Beze mnie.
Dzień 8. Pokazałem się na posiłkach, ale jako ozdrowieniec „jadłem” tylko herbatkę. Jak na złość były moje ulubione potrawy. Nawet nie zarejestrowałem, gdzie jest solniczka.
Dzień 9. Znalazła się solniczka. Jest na stoliku przy oknie. Ten Chudy jest naiwnie bezczelny. Myśli, że wszystko mu wolno. Ale przeliczy się. W międzyczasie Blondynka chodzi sobie po promenadzie z jakimś Wysokim facetem nie z naszego sanatorium. Jak ona może?
Dzień 10. No! Łysy zagadał Chudego, a ja zdjąłem solniczkę. To się nazywa współpraca. Uzgodniliśmy, że na przemian będzie u mnie i u niego. Wara jakimś innym od naszej solniczki!
Dzień 11. Rejs statkiem po morzu. Miło było patrzeć, jak Łysy choruje za burtę. Sztama z solniczką to jedno, a blizna na sercu z powodu Rudej to drugie. Ruda jak widać też jest mocno zdegustowana tą sytuacja.
Dzień 12. Bezczelny Grubas. Zwyczajnie, we wredny sposób, jawnie na naszych oczach zwinął solniczkę z mojego stołu. Próbowałem zagadać taką jedną nieznajomą na promenadzie. Właściwie udało mi się, ale deszcz zepsuł całą sprawę. Nie miałem parasolki i paniusia skorzystała z „uprzejmości” faceta z jej sanatorium. Świat jest jednak niesprawiedliwy.
Dzień 13. Wieczorek pożegnalny. Przeszedł właściwie bezpłciowo. Nikt nikogo. Jeszcze po południu byłem w sklepie z pamiątkami. Za ostatnie grosze kupiłem żonie pamiątkę. Latarnia morska z muszelek. Piękna. Niech wie, że ciągle myślałem o niej. Kuchnia też się popisała. Wystawiła na stoły nowy komplet SOLNICZEK. Tak więc w narodzie zapanowała zgoda.
Dzień 14. Wyjazd do domu. Jak miło będzie wrócić do znanych i smacznych obiadków domowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
